Polityka bywa nieposłuszna geografii.
Rosja długo leżała dalej od Polski niż wynikałoby to z mapy. Zbliżenie dokonywało się stopniowo od 2008 roku, gdy
Donald Tusk odwiedził Moskwę. Teraz reakcja Rosjan na katastrofę w Smoleńsku przyspieszyła proces. Zachowanie Władimira Putina nie wymazuje przeszłości - tylko ktoś naiwny wierzyłby w jakąś jego metamorfozę. Najnowsza historia Rosji, której jest autorem, okazji do takich metamorfoz dostarczała mu wiele. Jeśli zmienił stosunek do Polski, to pod wpływem jej rosnącego znaczenia w UE.
Przemiana dokonała się natomiast w spojrzeniu zwykłych Polaków i Rosjan na siebie. Ci drudzy spontaniczną solidarnością zadali kłam swojemu "polakożerstwu". Byłoby cynizmem i głupotą zlekceważenie tego. To bowiem szansa na pojawienie się tam "polskiej partii". Wyciągając rękę do Rosjan, a nie tylko do władzy na Kremlu, wzmacniamy tam siły chcące destalinizacji i presję, by za słowami rosyjskich przywódców szły czyny. Owszem, taktyka Kremla może się zmienić i gesty - jak list Putina opublikowany przez "Gazetę" (31 sierpnia 2009), jego obecność w Katyniu czy zaproszenie na defiladę 9 maja - pójdą w niepamięć. Ale dobre uczucia i kilka dni otwartości rosyjskich mediów na Polskę sprawiły, że ich odbiorcy nie przyjmą bezrefleksyjnie antypolskiej retoryki.
Rosji trudno wierzyć, a ostatnie wydarzenia są jedynie szansą na polsko-rosyjskie pojednanie.
Oczyściły pole ze złych emocji. Tylko tyle i aż tyle.
To nie spisek Dalsze zbliżenie polsko-rosyjskie byłoby przewrotem w polskiej polityce wschodniej. Nie ma pewności, że jesteśmy na to gotowi. Słusznie stwierdził abp Stanisław Dziwisz, że musimy dopiero dojrzeć, by powiedzieć Rosjanom "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". O cenę tego zbliżenia zapytała niedawno w "Tygodniku Powszechnym" Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Twierdzi ona, że Rosjanie mogą od nas oczekiwać bardziej "pragmatycznego" spojrzenia na Europę Wschodnią, uznania jej za strefę wpływów Kremla i np. zarzucenia promocji Ukrainy w UE.
Ceną może zatem być rezygnacja z wizji "Europy bez podziałów", a więc rezygnacja z polskiej racji stanu. A jednak, można się upierać, to zbliżenie byłoby zgodne z "linią Giedroycia", którą utożsamiono z polską racją stanu. Giedroyc przecież szukał porozumienia z Rosjanami. Tyle że po 1989 r. linia ta bywała, chyba niekoniecznie za wolą Giedroycia, zawężana do misji wspierania państw Europy Wschodniej w kontrze do Rosji. W uproszczeniu: albo dobre stosunki z Rosją, albo z Ukrainą.
Zapytajmy, czy Ukrainę niepokoi zbliżenie polsko-rosyjskie? Zależy, kogo spytać. Wybrany przez większość Ukraińców
Wiktor Janukowycz, który to wybór uznali obserwatorzy europarlamentu, chyba zaniepokojony nie jest. Można też użyć analogii, że zbliżenie polsko-rosyjskie może być przez Ukrainę tak odbierane, jak np. nadmierne zbliżenie rosyjsko-niemieckie przez Polaków. Tak, podzieliliśmy z Moskwą Ukrainę w traktacie ryskim w 1921 r. Warszawa zdradziła wtedy ukraińskich aliantów. Ale podział ten nie był wynikiem spisku totalitarnych sojuszników, lecz kończył wojnę polsko-bolszewicką, po której stosunki obu krajów pozostały chłodne - aż do końca, czyli do 17 września 1939 r. Więcej Warszawa z Moskwą nad głowami Ukraińców się nie porozumiewała.
W 1991 r. Polska jako pierwsze państwo uznała niepodległość Ukrainy. Warto pamiętać, że Ukraińcy niepodległość ogłosili nie dlatego, że mogli liczyć na - deklaratywne zresztą - wsparcie borykającej się z transformacją Polski, ale dlatego, że Rosja z Borysem Jelcynem na czele zachęcała ich do tego.
Sukces wizerunkowy Wielkim dziełem jest dialog polsko-ukraiński, historyczne pojednanie, kontakty różnych środowisk społecznych. Nie można jednak odmówić brutalnej prawdy tym Rosjanom, którzy mówią, że to nie starania polskich intelektualistów, ale tanie rosyjskie surowce były kręgosłupem ukraińskiej niepodległości. Tak, brzmi to nieprzyjemnie.
Przy czym nie jest to wyrzut w stronę Polski, która w dziele wzmacniana suwerenności państw Europy Wschodniej zrobiła więcej niż wskazywałby na to jej potencjał. W 2002 r. zablokowała "pieremyczkę" - rurociąg, którym
Gazprom chciał ominąć Ukrainę. W czasie pomarańczowej rewolucji można było wręcz nabrać przekonania, że polskie wpływy na Ukrainie mogły się wydawać równe rosyjskim.
Był to wizerunkowy sukces Polski, tak jak wiec w Tbilisi z udziałem polskiego prezydenta w 2008 r., który miał powstrzymać rosyjskie czołgi. Nie zmienia to faktu, że Polska nie zdołała na Ukrainie tak wpłynąć na pomarańczowych, by wzięli się za reformy i nie przegrali wyborów, na Białorusi wymóc demokratyzacji ani zapobiec utracie przez Gruzję części terytorium. Teraz rząd Ukrainy podpisuje wiążące ją z Rosją umowy zupełnie bez oglądania się na Warszawę.
Ukraina potrzebna Ukraińcom Choć więc głosimy, że polityka wschodnia to nasza specjalność, Polska, niestety, nie jest dla Europy Wschodniej ważniejszym partnerem niż Rosja. Nie można oczekiwać, by Kijów wybierał między Polską a Rosją. Mówienie, że Ukrainę trzeba wspierać, gdyż bez niej Rosja przestaje być imperium, a to warunek naszego bezpieczeństwa, jest stawianiem Ukrainy w roli państwa buforowego. Ten argument był w trudnym XX wieku mądrym wybiegiem zwolenników pojednania polsko-ukraińskiego, którzy uciekali przed etykietką "ukrainofili".
Dziś jednak nie trzeba się wstydzić ukrainofilstwa, a Ukraina jest potrzebna przede wszystkim Ukraińcom. My jednak czujemy się kompetentni w kwestii wewnątrzukraińskich dyskusji historycznych i tożsamościowych. Lansując przy tym polską wizję historii Ukrainy, skupiamy się na symbolach - jak Stepan Bandera - i wiemy lepiej od Ukraińców, czy powinni wchodzić do NATO. Bywamy jednak głusi na ukraińskie skargi na politykę wizową Polski i milkniemy, gdy sprawy dotyczą rzeczy najistotniejszych - niezależności gospodarczej. A to w sferze gospodarki ugruntowują się wpływy Kremla.
Ukraina nie jest dla Polski ważnym partnerem gospodarczym. Nie mieliśmy szans, by zrównoważyć poradzieckie związki między Rosją a Ukrainą, ale polscy politycy nie zrobili wiele, by ułatwić polskim przedsiębiorcom wejście na Ukrainę. Rzadko też w polskich mediach poruszano kwestię podatkowych perypetii naszych przedsiębiorców na Ukrainie czy stref ekonomicznych, w których Polacy inwestowali.
Pamiętamy o Kijowie Zbliżenie polsko-rosyjskie dokona się na kanwie stosunku do przeszłości. Jeśli Rosjanie nie zatrzymają się teraz w pół drogi, historia przestanie dzielić, ale dzielić nie przestaną kwestie współczesne. To normalne. Celem powinno być jednak to, że jeśli Polska rozmawia z Rosją o kupnie gazu, to rozmawia o kupnie gazu, a nie o kupnie gazu i historii. Rosjanie ponoć lubią w negocjacjach łączyć różne kwestie i je od siebie uzależniać. To wpływało też na nasz stosunek do innych krajów.
Gdy przyjaźniliśmy się z Ukraińcami, to nie tylko przyjaźniliśmy się z Ukraińcami, ale też robiliśmy to przeciwko Rosji. Teraz jest szansa, by w relacjach polsko-ukraińskich nie było drugiego dna. Bo można być jednocześnie proukraińskim i szukać pojednania z Rosjanami. Tego chyba chciał Jerzy Giedroyc. "Pragmatyzacja" polityki wschodniej nie musi oznaczać uznania rosyjskiej strefy wpływu, lecz przekierowanie polskiej obecności na Wschodzie ze sfery symboli w sferę gospodarki. To wyzwanie godne XXI wieku.
Jeśli dziś prozachodnia i zepchnięta do opozycji pomarańczowa część ukraińskiej elity boi się, że Kijów zostanie przez Polskę zapomniany, należy dokładać starań, by rozwiać te obawy. Ale i pamiętać, że to nie Donald Tusk, Putin czy Janukowycz nadszarpnęli stosunki polsko-ukraińskie, lecz ostatnie decyzje Wiktora Juszczenki w sprawie Bandery i reakcja części Polaków na nie.
To, że Polska musi być nad Dnieprem bardziej obecna, jest oczywiste. Nawet jeśli z Warszawy do Moskwy będzie bliżej, to Kijów i tak, po tylu latach, powinien przecież leżeć wystarczająco blisko. Żmudny dialog, którego efektem może być inny stosunek Rosjan do historii, nie zagraża polsko-ukraińskiemu strategicznemu partnerstwu. Chyba że nie jest to partnerstwo i wcale nie strategiczne
*Andrzej Brzeziecki jest redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Nowa Europa Wschodnia"