Każdy Polak odkłada jedną piątą pensji na emeryturę. Co miesiąc ok. 600 zł przy zarobkach 3 tys. zł. Dwie trzecie tych pieniędzy idzie do
ZUS, reszta - 7,3 proc. pensji - do prywatnych otwartych funduszy emerytalnych. A OFE mają je pomnażać, inwestując np. na giełdzie i w obligacje. ZUS tego robić nie może.
Ten podział nie podoba się ministrowi finansów Jackowi Rostowskiemu i szefowej resortu pracy Jolancie Fedak. Chcą zmniejszyć składkę do OFE z 7,3 do 3 proc. pensji. Reszta zostałaby w ZUS. Ministrowie zgodnie przekonują, że dzięki temu przyszli emeryci zaoszczędzą na prowizjach płaconych funduszom i będą mieli wyższe emerytury.
Co innego wynika z raportu firmy doradczej Deloitte przygotowanego dla Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych, do którego dotarła "Gazeta". Obniżka składki do OFE oznacza, że w przyszłości nasze świadczenia będą nawet trzy razy niższe niż dzisiaj. Dla porównania, jeśli wszystko zostanie po staremu, będą one dwukrotnie niższe od dzisiejszych.
Przykład? 36-letni dziś mężczyzna zarabiający 3 tys. zł po 40 latach pracy dostanie zaledwie 750 zł emerytury. Na jeszcze mniej może liczyć jego rówieśniczka, która z powodu niższego wieku emerytalnego pracuje o pięć lat krócej. Jej emerytura z ZUS i OFE nie przekroczy 600 zł.
- Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy - ostrzega prof. Krzysztof Rybiński z warszawskiej SGH. - Niech wezmą dzisiejsze emerytury i podzielą je przez trzy. To najlepiej pokaże skutki takiej decyzji.
- Ministrom nie chodzi o dobro emerytów, tylko o ratowanie finansów publicznych - przekonuje dr Filip Chybalski z Politechniki Łódzkiej. Jego zdaniem dzięki tej obniżce na kilka lat poprawi się sytuacja budżetowa, ale żadnego problemu nie rozwiążemy. - W pewnym momencie może się okazać, że państwu brakuje pieniędzy na wypłatę emerytur. Co wtedy powie emerytom? - pyta.
Wtóruje mu Ryszard Petru, główny ekonomista
BRE Banku: - To działanie na krótką metę. Za 5-10 lat sytuacja budżetu może się pogorszyć i kto wtedy wypłaci emerytury w obiecanej wysokości? Będzie je trzeba jeszcze obniżyć - ostrzega.
Zgody na obniżkę nie ma nawet w rządzie. Ostro sprzeciwia się jej minister skarbu Aleksander Grad i minister Michał Boni. Przeciw jest też Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego, która ostrzega, że to "decyzje podporządkowane bieżącym i krótkookresowym celom politycznym".
Na pomyśle ministrów suchej nitki nie zostawiają pracodawcy, a nawet krytykująca OFE "Solidarność". Alarmują, że jeśli te propozycje wejdą w życie, będziemy biedować na emeryturze. - To jest chore, że ministrowie taki scenariusz rozważają - denerwuje się Rybiński.
Nie zraża to Rostowskiego i Fedak. Na poniedziałek zaplanowali rozmowy ostatniej szansy, na które zaproszono Boniego i OFE. Jeśli nie dojdą do porozumienia, Fedak i tak przedstawi swoje propozycje Radzie Ministrów. - A tam wydarzyć się może wszystko, zwłaszcza że obniżkę popiera wicepremier
Waldemar Pawlak - mówi "Gazecie" osoba z resortu finansów znająca kulisy rozmów.
- Cokolwiek się wydarzy, trzeba pamiętać, że emerytury i tak nie będą wysokie - mówi dr Chybalski. Co zrobić, żeby były wyższe? - Trzeba wydłużyć wiek emerytalny, a poza tym każdy musi dodatkowo odkładać na emeryturę - radzi.