Marek Belka z powodu swych kompetencji to bardzo dobra kandydatura na szefa Narodowego Banku Polskiego. A jeszcze lepsza do zwiększenia szans marszałka Bronisława Komorowskiego w wyborach na prezydenta.
To lewicowy elektorat może przesądzić o wyniku wyborów. Tak jak pięć lat temu, gdy "socjalną" część wyborców lewicy udało się przyciągnąć Lechowi Kaczyńskiemu.
Grzegorz Napieralski, kandydat lewicy, walczy głównie o to, by odzyskać to, co jego ugrupowanie straciło w ostatnich latach. Rekomendowanie przez kandydata z PO Belki, byłego premiera z
SLD, to cios w kampanię lewicy. Napieralski stoi przed wyborem: co gorsze. Trudno sobie wyobrazić, by nie poparł kandydatury Belki - ale wtedy uwiarygodni Komorowskiego w oczach lewicy jako polityka ponad podziałami. Jeśli zaś odrzuci kandydaturę Belki lub doprowadzi do odłożenia głosowania nad szefem
NBP - ryzykuje niechęć części własnych wyborców.
Przed SLD pojawia się groźba rozłamu lub przyspieszonej erozji. Zwłaszcza że
Platforma Obywatelska wyciąga z tej formacji co bardziej cenionych, kompetentnych i rozpoznawalnych polityków. Nieoficjalnie wiadomo, że w "operację Belka" zaangażowali się Ryszard Kalisz i
Aleksander Kwaśniewski, zachwalając tę kandydaturę Komorowskiemu.
To już kolejna decyzja, po powołaniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, która pokazuje Komorowskiego jako polityka samodzielnego i skłonnego do współpracy.
Wbrew pozorom także Waldemar Pawlak i Polskie Stronnictwo Ludowe mogą być zadowoleni. Szef ludowców wie, że ten ruch nie został wymierzony w niego. Koalicyjny spór o Belkę daje szansę Pawlakowi, by zaistnieć w mediach. I podkreślić własną podmiotowość w koalicji. Ale z powodu Belki koalicja się nie rozpadnie.
Nie wiadomo, czy nad kandydaturą Marka Belki na szefa NBP będą za dziesięć dni głosować posłowie. Ale dzięki temu posunięciu spora część wyborców SLD może zagłosować już w pierwszej turze na marszałka Bronisława Komorowskiego.