Obsadzenie stanowiska prezesa Narodowego Banku Polskiego po tragicznej śmierci poprzednika jest sprawą pilną. Światowa gospodarka wciąż jest niespokojna i nie można wykluczyć kolejnych wstrząsów. Nie możemy sobie pozwolić na pozostawienie kluczowej dla stabilności finansów instytucji bez kierownictwa. Można tylko wyrazić żal, że marszałek Sejmu, pełniący funkcję prezydenta, nie zgłosił kandydatury wcześniej, zaraz po katastrofie smoleńskiej. Ale lepiej późno niż wcale.
Nie zgadzam się z zarzutem, że marszałek powinien był zaczekać do wyborów, w których zresztą jest faworytem. Gdyby jednak wybory wygrał jego konkurent, groziłby nam długotrwały wakat na stanowisku szefa banku centralnego. Kandydata musi bowiem zgłosić prezydent (lub osoba pełniąca jego funkcję), a następnie głosuje Sejm. Z łatwością można sobie wyobrazić sytuację, gdy
Jarosław Kaczyński zgłasza kandydata nie do zaakceptowania przez Platformę i nie godzi się na żadnego innego. Nawet jeśli wygrana kandydata
PiS jest mało prawdopodobna, to gdyby nie decyzja Komorowskiego, rynki finansowe musiałyby liczyć się z takim ryzykiem, a to mogłoby mieć dla Polski przykre konsekwencje.
Wskazanie profesora Marka Belki jako kandydata na prezesa
NBP stabilizuje sytuację i osłabia obawy międzynarodowych inwestorów o przyszłość Polski.
Kandydat jest osobą doskonale znaną - dwukrotnie był ministrem finansów, przez ponad rok kierował rządem. Jest świetnym finansistą, obok Leszka Balcerowicza najbardziej znanym na świecie polskim ekonomistą. Szefowanie NBP nie będzie więc ukoronowaniem jego kariery, lecz służbą.
Mówiąc nieco patetycznie - to nie Marek Belka potrzebuje stanowiska szefa NBP, ale NBP potrzebuje kogoś takiego jak Belka.
Nowy prezes stanie wobec kilku problemów wynikających z sytuacji w NBP. Będzie musiał ułożyć sobie poprawne stosunki z wiceprezesami, których kadencja upłynie dopiero za kilka lat, i z Radą Polityki Pieniężnej, która w kilku sprawach miała inne zdanie niż zarząd. Niezależnie od tego, po której stronie była racja, publicznie ujawniany spór w kierownictwie banku centralnego, gdzie argumenty merytoryczne mieszały się z politycznymi, osłabia autorytet tej instytucji.
Profesor Belka, jeszcze zanim został ministrem finansów w rządzie Leszka Millera, krytykował Radę Polityki Pieniężnej za to, że "pozostaje w szklanej wieży", nie biorąc pod uwagę realiów gospodarki. To stwierdzenie dobrze określa jego charakter. Choć ma duży dorobek teoretyczny, jest pragmatykiem, nie szufladkuje zjawisk, tylko stara się znaleźć dla nich rozwiązanie. Dla szefa rządu i ministra finansów będzie silnym i niezależnym partnerem, ale z pewnością nie tym, który wywołuje konflikty.