Napisał o tym wczoraj rosyjski
dziennik "Kommiersant", który rozmawiał z tamtejszymi ekspertami pracującymi przy wyjaśnianiu katastrofy tupolewa w Smoleńsku. 10 kwietnia maszyna rozbiła się przed pasem lotniska z prezydentem Lechem Kaczyńskim i 95 innymi osobami lecącymi na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.
Rozmówcy "Kommiersanta", którzy są znani z dobrych źródeł w rosyjskich władzach, opisali ostatnią fazę lotu Tu-154, podając nowe szczegóły. Gazeta przypomniała, że załoga była wielokrotnie ostrzegana o mgle na lotnisku w Smoleńsku oraz widoczności poziomej 200-400 m i pionowej 50 m (minimalne warunki do lądowania to 1000 m widoczności poziomej i 100 m pionowej). Po angielsku informowali o tym kontrolerzy lotów z białoruskiego Mińska i ośrodka kierowania lotami Terkas w Moskwie. Po rosyjsku - dwukrotnie kontrolerzy ze Smoleńska, podkreślając, że nie ma "warunków do przyjęcia samolotów". W końcu tupolewa trzykrotnie ostrzegała załoga polskiego Jaka-40, który ponad godzinę wcześniej wylądował w Smoleńsku z dziennikarzami.
Tu zaczynają się nowe szczegóły ostatniej fazy lotu. Zbliżając się do lotniska, dowódca załogi mjr Arkadiusz Protasiuk powiadomił kontrolera, że "wykona tak zwane próbne podejście do lądowania, zejdzie na wysokość 100 m, na jakiej powinien podjąć decyzję, czy posadzić samolot, a wtedy spróbuje zobaczyć pas startowy i w zależności od warunków albo będzie kontynuować lądowanie, albo wykona drugi krąg [czyli odlatuje] nad lotniskiem". Kontroler przypomniał pilotom, że decyzję o tym, co robić dalej, muszą podjąć na wysokości 100 m.
Kiedy Tu-154 wyszedł na prostą prowadzącą do pasa startowego, Protasiuk zameldował: "Podwozie wypuszczone". Kontroler odparł: "Lądowanie dodatkowo". To polecenie oznacza, by po zejściu na wysokość 100 m pilot koniecznie zameldował, czy ostatecznie zdecydował się na lądowanie. "Jednak Protasiuk więcej już nie kontaktował się z kontrolerem" - napisał rosyjski dziennik.
Mniej więcej w tym czasie do kabiny pilotów wszedł gen. Andrzej Błasik, szef sił powietrznych (wiadomo od poniedziałku, że w kokpicie był aż do katastrofy). Protasiuk miał go uprzedzić: "Nie damy rady". Generał powiedział "coś niezrozumiałego", gdyż "na taśmie z nagraniem są szumy, bo drzwi do kabiny były otwarte, a sam Błasik był daleko od mikrofonu".
"Rosyjscy eksperci zapewniają, że na podstawie tonu wypowiedzi można jednoznacznie stwierdzić, że nie zawierała rozkazu kontynuowania lądowania ani tym bardziej pogróżki. Jednak polecenia przerwania lądowania też nie było. Przez to stanowisko głównodowodzącego siłami powietrznymi specjaliści rozumieją jako przyzwolenie na kontynuowanie manewru" - stwierdził "Kommiersant".
Dziennik nie napisał nic o wizycie w kokpicie innej osoby, której głos został zarejestrowany przez czarne skrzynki. Jeszcze nie została ona zidentyfikowana. Osoba ta przyszła do pilotów około dwóch minut po otrzymaniu przez załogę wiadomości ze Smoleńska o fatalnych warunkach pogodowych. Zgodnie z procedurą trzeba o tym powiadomić dysponenta lotów, w tym przypadku - Kancelarię Prezydenta. Wiadomo, że nierozpoznana osoba pytała pilotów, czy ze względu na mgłę będą jakieś opóźnienia.
Gazeta przypomniała, że gdy Tu-154 znajdował się na wysokości 70-80 m nad ziemią, kontroler krzyknął: "101, Horyzont!" (101 to numer boczny maszyny) - to polecenie natychmiastowego przerwania zniżania. Ale tupolew nadal ostro schodził w dół.
"Kommiersant" wyjaśnił, że kontroler "nie ma prawa zabronić lądowania", a o zbliżaniu się do ziemi mógł on w ogóle nie uprzedzać załogi, bo z przyrządów pokładowych wie ona lepiej o położeniu maszyny.
Gazeta przypomniała też, że samolot prawie do końca leciał na autopilocie (to błąd - twierdzą rosyjscy eksperci), w dodatku w pewnym momencie załoga zwiększyła dwukrotnie prędkość zniżania i nie zwracała uwagi na komendy systemu TAWS ostrzegającego o zbliżaniu się do ziemi.
Zdaniem „Kommiersanta” „wina pilotów była od początku oczywista”. Polscy eksperci biorący udział w śledztwie „nalegali jednak na to, by szczegółowo zanalizować rolę kontrolera smoleńskiego, który najpierw nie zabronił samolotowi lądować, a potem spóźnił się z dyspozycją »101, Horyzont! «”.
Szef komisji badania wypadków lotniczych Edmund Klich, który jest akredytowany przy rosyjskiej komisji wyjaśniającej katastrofę, mówił w środę m.in., że załoga świadomie zeszła na wysokość 20 m. Kiedy zobaczyła ziemię, było już za późno. Samolot znajdował się bowiem nad szerokim na 600 m i głębokim maksymalnie na 60 m jarem. Lotnisko leży na wzgórzu, którego zbocze porośnięte jest drzewami. To o te drzewa uderzył Tu-154.
Klich mówił też, że załoga leciała na radiowysokościomierzu pokazującym faktyczną odległość od ziemi, a powinna lecieć na wysokościomierzu barycznym pokazującym wysokość nad poziomem morza. Podkreślił, że od obsługi lotniska w Smoleńsku załoga dostała dobre dane o ciśnieniu - to podstawa do ustawienia wysokościomierzy barycznych.
Zdaniem "Kommiersanta" w ten sposób Klich "ogłosił uzgodnioną już opinię wszystkich uczestników dochodzenia, zgodnie z którą winę za katastrofę ponoszą tylko piloci. Te wnioski z pewnością będą podstawą oficjalnych wywodów komisji badającej przyczyny katastrofy. Takie stanowisko oczywiście będzie na rękę obu zainteresowanym stronom".
Za nadmiar wypowiedzi skrytykował Klicha premier
Donald Tusk. - Jego zadanie polega przede wszystkim na tym, aby pilnować - mówiąc wprost - Rosjan w czasie postępowania, i to robi bardzo rzetelnie, a nie żeby być w studiach telewizyjnych - stwierdził wczoraj Tusk. Dodał, że nie ma wątpliwości co do zaangażowania i rzetelności Klicha i że miał on wiele atutów, by zostać polskim przedstawicielem przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym. - Przede wszystkim jest od lat szefem komisji badania wypadków lotniczych. Od pierwszych godzin był w Smoleńsku, potem w Moskwie. Nie bez znaczenia przy tych emocjach wokół katastrofy było to, że został szefem Komisji za rządów moich poprzedników. Ma to znaczenie dla poczucia, że to postępowanie jest ze strony polskiej traktowane bardzo serio i równocześnie neutralnie - podkreślił Tusk.
Mec. Rafał Rogalski, pełnomocnik w polskim śledztwie m.in. Jarosława Kaczyńskiego, powiedział nam, że prokuratura ma już wniosek innego z pełnomocników, by przesłuchać Klicha. - Jesteśmy karmieni przez niego informacjami, więc czas, by w sposób uporządkowany poznała je prokuratura - mówi Rogalski.