Obstrukcja parlamentarna jest w demokracji bronią słabszych. Tych, którzy nie mają dość siły, aby przeforsować swoje racje, lecz wystarczy im sejmowych szabel, by zablokować obrady. Jest bronią wątpliwą z punktu widzenia demokracji i trochę wstydliwą, bo w Polsce kojarzy się z liberum veto.
PiS już używało tej broni. W lipcu 2008 r. pod przewodnictwem Jarosława Kaczyńskiego posłowie tej partii zbojkotowali głosowania, bo pod obrady nie weszła proponowana przez nich informacja o naciskach na prokuraturę. Potem zgłosili się po zwrot diet zabranych im za absencję, przedstawiając bzdurne usprawiedliwienia. Dwa lata temu posłowie PiS zablokowali komisję regulaminową dyskutującą nad odebraniem immunitetu Zbigniewowi Ziobrze, tupiąc i krzycząc "Targowica". To był stary, dobry PiS - jeszcze sprzed głębokiego przełomu mentalnego, który jakoby nastąpił po 10 kwietnia 2010 r.
Wówczas i teraz parlamentarzyści PiS nie przekroczyli granic parlamentarnej debaty i sejmowych regulaminów. Czy jednak wczoraj nie naruszyli granicy przyzwoitości?
Przecież wiemy, o co toczy się gra. Posłowie PiS robią wszystko, aby uratować "swoją" Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, którą powołali w 2005 r., gdy "odzyskiwali media publiczne". Pośrednio bronią posad swoich ludzi, którzy obsiedli stanowiska w publicznym radiu i telewizji.
Preteksty do obstrukcji mogą być różne. PiS postanowiło uderzyć w najwyższe tony. Broniąc własnych wpływów, sprowadza tragedię smoleńską do narzędzia w politycznej rozgrywce.
Pod Smoleńskiem zginęło 96 osób. Czy pamięć ofiar katastrofy w Smoleńsku jest tylko tyle warta, by używać jej w tak marnej sprawie?