Premier mógł się zrazić, bo raz już wyskoczył, na Forum Ekonomicznym w Krynicy z datą 2011, czym zaskoczył nawet ministra Jacka Rostowskiego. A za chwilę wybuchł kryzys i położył kres premierowskim marzeniom.
Potem rząd "wydał" z siebie kolejną datę 2014-2015, a tu
Grecja zaczęła się chwiać. Dlatego dzisiaj euro to już nie priorytet, a minister Rostowski mówi, że najpierw niedomagająca strefa euro musi się wykurować, podleczyć, a dopiero potem my wyjdziemy jej na spotkanie.
Komorowski dołącza do chóru ... Do chóru sceptyków dołączył w środę kandydat PO na prezydenta Bronisław Komorowski. - Do strefy euro powinniśmy dołączyć wówczas, gdy gospodarka europejska będzie się rozwijała szybciej od polskiej, bo wtedy członkostwo w tym klubie będzie nas niosło w górę. A dziś, gdy mamy szybsze tempo rozwoju, jest odwrotnie - to my byśmy ciągnęli gospodarkę europejską - powiedział "Dziennikowi" Komorowski.
Ten argument zwykle powtarzali politycy
PiS, mając zresztą trudności z wyjaśnieniem o co w nim chodzi. To oczywiste, że jak Europa, w tym nasi główni partnerzy, rozwijają się szybko, to i nas ciągnie w górę. Bogacący się
Niemcy kupują np. nasze towary, czy inwestują w Polsce. Ale ten mechanizm działa bez względu na to czy mamy euro, czy nie.
No i co złego w tym, gdybyśmy nawet my kogoś pociągnęli w górę? Wtedy on pociągnie i nas (znów: wzrośnie nam eksport itd.). Dzisiaj też tak jest - np. zamożniejsi Polacy kupują więcej importowanych towarów, czy wydają pieniądze na zagranicznych wakacjach - choć nie mamy euro. Nie mamy też niestety korzyści z płynących z takiego mechanizmu. Złoty podlegał olbrzymim wahaniom w kryzysie, nasza gospodarka cierpi na turbulencjach euro, ale my - w przeciwieństwie do Greków, nie możemy liczyć na poduszkę ochronną Europejskiego Banku Centralnego.
... ale nie wie o czym mówi Argumenty marszałka Komorowskiego nie są merytoryczne, nie zahaczają nawet o prawdziwe dylematy związane z euro (zresztą marszałek dość niefortunnie wypowiada się na tematy gospodarcze, raz wyrwało mu się, że Rada Polityki Pieniężnej wyznacza kursy. Tymczasem od lat mamy płynny kurs walut, a marszałkowi zapewne chodziło o...stopy procentowe).
Jednak wypowiedzi prominentnych polityków PO, w tym premiera, świadczą o jednym: rząd chce nas przekonać, że sprawę euro zawieszamy na kołku, bo sytuacja w Europie jest niepewna, a euro ma kłopoty. Euro owszem ma kłopoty, ale czy przypadkiem złoty nie ma większych?
Zasłona dymna rządu To zasłona dymna mająca zapewne ukryć prawdziwy powód: otóż zapewne rząd ocenia, że nie jest w stanie wypełnić zalecenia Komisji Europejskiej by zbić do 2012 r. deficyt sektora finansów publicznych do wymaganych przez 3 proc. W tym roku wyniesie on ponad 7 proc. i próba "odchudzenia" go w rok, dwa lata jest raczej nierealna.
Zwłaszcza, że poza kotwicą wydatkową, ograniczającą wzrost wydatków (nie dotyczy jednak ona tzw. wydatków sztywnych, wynikających z ustaw) rząd Tuska nie planuje do wyborów parlamentarnych poważniejszych reform. Jak mówi minister Michał Boni o mundurówkach, reformie
KRUS czy wydłużaniu wieku emerytalnego rząd chce na razie tylko "dyskutować".
A jak nie chce się racjonalizować wydatków już w przyszłym roku, to nie ma innego wyjścia - trzeba się kredytować. Oczywiście umiarkowanie, bez jechania po bandzie jak Grecy, ale też o euro przez ładne kilka lat trzeba będzie zapomnieć.
Łatwo przyganiać Grekom, że żyli na kredyt, a teraz też nie mają ochoty na wyrzeczenia. Sprzątanie na własnym podwórku jest trudniejsze.