Oceniając dwulecie rządów
PiS-u, warto sięgnąć pamięcią do pierwszych lat działalności Porozumienia Centrum.
PC miało być partią ideowego centrum. To założenie stanęło w pewnej opozycji w stosunku do strategii. Chodziło o to, by przejąć niezadowolenie społeczne wywołane dolegliwościami transformacji i uniemożliwić żywiołowy rozwój nurtów populistycznych, które mogły zagrozić modernizacji państwa.
Miał to być zarazem sposób dojścia do władzy. W praktyce realizacja tego scenariusza z pozycji centrowych okazała się niemożliwa. W ostrej walce politycznej PC się radykalizowało i coraz bardziej kontestowało status quo.
Nie była to sytuacja komfortowa dla wielu działaczy, co doprowadziło do pierwszej secesji. W PC pojawiły się też różnice programowe. Dotyczyły przede wszystkim stylu przywództwa i wewnątrzpartyjnej demokracji, wizji UE i miejsca w niej Polski, ustroju państwa (centralizm kontra pluralizm i zasada pomocniczości).
Wszystko to składało się na kanon chrześcijańsko-demokratyczny projektowany jako podstawa programowa PC.
Od PC do prawicy Choć
Jarosław Kaczyński szybko porzucił chadeckie afiliacje, cienka warstwa aksjologicznego osadu z tamtego okresu nie została do końca wypłukana. Jeszcze w połowie dekady PiS uważał się za partię centroprawicową i wielu jego członków nie czuło się najlepiej, będąc zmuszonymi do uczestnictwa w spektaklach politycznego awanturnictwa.
Odległe echa myśli politycznej z genezy PC można było odnaleźć w programie rządu PiS - choć PiS uprawiał anachroniczną politykę unijną, nieźle potrafił zagospodarowywać fundusze z Brukseli. Mimo że w opozycji ocierał się o demagogię socjalną, pilnował dyscypliny budżetowej i obniżał podatki. Nie próbował ograniczać samorządności regionalnej. Krótko mówiąc, w partii ujawniało się niekiedy sentymentalne napięcie między tym, czym chciała być, a tym, czym się stała.
Nie wiem, czy ten sentyment powodował Jarosławem Kaczyńskim, kiedy w 2005 r. próbował realizować koncepcję PO-PiS-u. Bardziej prawdopodobne, że był to zamiar wzięcia PO w dwa ognie - przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i koalicyjny PiS.
Wobec fiaska tego planu prezes PiS-u, by utrzymać się u władzy, mógł wykonać tylko jeden manewr - zawrzeć trójporozumienie z Samoobroną i
LPR. Dla partii głoszącej rewolucję moralną byli to osobliwi sojusznicy i tę woltę Jarosława Kaczyńskiego podaje się często jako przykład jego cynizmu i braku zasad.
Istotnie, w starym PC takie posunięcie było niewyobrażalne, ale po 15 latach oczekiwania Kaczyński miał szansę na sukces jedynie jako lider zjednoczonej prawicy obejmującej nurty populistyczne, narodowe i katolickie.
Jednoczenie partii tego typu musiało mieć charakter wrogiego przejęcia i nie przysporzyło PiS-owi popularności w mediach. Niezrażony tym prezes PiS-u, skoro już uznał, że ten zabieg jest "wart mszy", zamierzał zorganizować przywódcom Samoobrony, a zapewne w dalszej kolejności LPR-u noc św. Bartłomieja.
Te gorszące wydarzenia wbiły ostatni gwóźdź do trumny IV RP, nie uratowały też PiS-u przed utratą władzy, ale zjednoczenie prawicy się dokonało. W wyborach 2007 r. PiS otrzymał 2 mln głosów więcej niż w poprzednich, wchłaniając elektoraty Samoobrony i LPR.
Dziwię się, że w dorobku dokonań lidera PiS-u ten fakt nie został doceniony. W latach 2005-07 powstały przesłanki do ukształtowania trwałych segmentów sceny politycznej. Cały potencjał niezadowolenia społecznego, fobii, frustracji i agresji znalazł się w obrębie jednej formacji, która nie praktykując co prawda cnoty umiaru, nie grzeszy przeciwko porządkowi konstytucyjnemu.
Warto popatrzeć, jakie partie wyrastają na fali niepokojów w Europie: ksenofobiczny, nacjonalistyczny Jobbik na Węgrzech, populistyczno-nacjonalistyczne ugrupowania Meeiara i Sloty w Słowacji, a w Austrii dwie partie skrajnej prawicy reprezentujące 30-proc. poparcie. Nie zapominajmy o Froncie Narodowym Le Pena we Francji czy kontynuatorach Pima Fortuyna w Holandii.
UE przeżywa kryzys. Jego przezwyciężenie zależy od jakości elit politycznych. Polska prawica pod kierownictwem Jarosława Kaczyńskiego nie wygląda na tle prawicowego spektrum Europy najgorzej.
Zła diagnoza, jeszcze gorsza terapia Najbardziej obciążają konto Jarosława Kaczyńskiego ekscesy walki z "układem" i błędy popełnione w polityce unijnej.
Niekompetentna, uproszczona diagnoza schorzeń III RP musiała doprowadzić do równie prostackiej i nieodpowiedniej terapii. Polska zapłaciła wysoką cenę za weryfikację mitów i fantasmagorii. Chyba było jednak warto - nic tak nie szkodzi mitom jak próba ich urzeczywistnienia.
Ale też w tym przypadku w opisie sytuacji wskazany jest rozsądek. Polskie problemy są zbyt złożone, by je przedstawiać w konwencji bajki o Czerwonym Kapturku i złym wilku.
O ile cechy osobowościowe i manichejska wizja świata przyniosły w kraju braciom Kaczyńskim oprócz licznych wrogów spory zastęp zwolenników, o tyle za granicą przysporzyły im tylko kilku słabych przyjaciół (Juszczenko, Saakaszwili, Klaus) i bardzo wielu mocnych przeciwników. Przeniesienie metod walki wewnętrznej na środowisko międzynarodowe miało fatalny skutek.
Ilekroć dochodziło do jakichś spięć na tym polu, przypominała mi się scena z obrad zarządu PC z 1991 r. Jarosław Kaczyński z oburzeniem referował, jak Mieczysław Wachowski wpycha się do samolotu przed prezydenckim ministrem - Lechem Kaczyńskim. Ta anegdota dobrze ilustruje psychologiczny kontekst i motywacje, którymi często kierowali się bracia.
Godnościowe pozy plus koncepcja polityki europejskiej przypominająca czasy międzywojenne skazywały Lecha i Jarosława Kaczyńskich na kolejne konfrontacje i grę pod prąd integracyjnych tendencji unijnych. Sprawiedliwie byłoby jednak dodać, że to nie oni chcieli w Sejmie "umierać za Niceę".
Dwuletnie rządy PiS-u ukazały zarówno jego sprawność (rządziło, mając 27-proc. wynik wyborczy), jak i słabość. Jarosław Kaczyński, budując wielką prawicę, ograniczył tym samym swoje możliwości pozyskiwania głosów centrowych, zraził do siebie potencjalnych koalicjantów.
Gdyby polityką w Polsce miała rządzić racjonalność, należałoby sobie życzyć, by to PiS grzał ławy opozycyjne przez następną kadencję, by wytopić z siebie resztę rewolucyjnej gorączki. Niektórzy z działaczy mogliby przemyśleć odrzucony przez Jarosława Kaczyńskiego chrześcijańsko-demokratyczny kanon. Jeśli marzą o powrocie do władzy, byłby to bardzo pożądany wysiłek intelektualny.
*Andrzej Kostarczyk, wiceszef
MSZ w rządach Bieleckiego i Olszewskiego. Poseł PC i RdR w latach 1991-93. Wydawca książek z dziedziny politologii