http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Badania terenowe w przebraniu gimnazjalistki

Lidia Ostałowska
2010-05-31, ostatnia aktualizacja 2010-06-15 11:47

Pisałam na lekcjach SMS-y i liściki, śmiałam się z wybryków kolegów, gadałam. Jako badacz młodzieży stanęłam po stronie uczniów. Rozmowa z socjolożką Katarzyną Kalinowską, która przez rok udawała gimnazjalistkę

Katarzyna Kalinowska jako gimnazjalistka
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Katarzyna Kalinowska jako gimnazjalistka
Katarzyna Kalinowska. Socjolog, 
antropolog współczesności, badacz młodzieży. Doktorantka w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie pracuje nad doktoratem o towarzyskości i uczuciowości 
w środowiskach klubowych i sanatoryjnych. Redaktorka w kwartalniku literackim
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Katarzyna Kalinowska. Socjolog, antropolog współczesności, badacz młodzieży...
SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Pierwszy dzień w szkole?

- Straszny, ale i fascynujący! Bałam się, że klasa mnie nie zaakceptuje, że będę odstawać. W dzienniczku badacza zanotowałam: "Zaczynam i zobaczymy, ile dam radę".

Wytrzymała pani od połowy września do wakacji. Po co ten eksperyment?

- To nie eksperyment - to etnograficzne wyjście w teren. Na pomysł badania wpadłam na trzecim roku studiów. Zapiszę się do szkoły. Okiem uczennicy zobaczę, co się dzieje. Zbadam to, co okaże się naprawdę ważne dla młodych ludzi.

Klasa wiedziała?

- Wszyscy wiedzieli, że jestem Kasią studentką, nie kupowałam lewych świadectw ani metryk. Wyjaśniłam: jestem tu, bo piszę pracę magisterską. Chcę trochę pożyć jak gimnazjalistka. Rodzice to przyjęli, nauczyciele też. Dziewczyny z klasy od razu się w to wkręciły, zabrały mnie po lekcjach do Rossmanna. Kupiłam różowy błyszczyk, mój gimnazjalny, superwściekły.

Koledzy nie wzięli pani za szpiega?

- Poddawali mnie próbom. Byłam świadkiem ściągania i fałszowania usprawiedliwień, wysłuchiwałam przekleństw, których w ich przekonaniu żaden dorosły by nie zniósł. Sprawdzali, jak reaguję na zaczepki, czy wyspołuję - doniosę, czy rzucę zdziadziały komentarz.

Po kilku tygodniach na matematyce usadowiłam się w ostatniej ławce. Podchodzi kolega, co ma szacun w klasie, i mówi: spierdalaj, ja tu siedzę. Ale się ucieszyłam. Jestem ich! Inaczej by tak do mnie nie powiedział.

I ustąpiła mu pani?

- Wtedy nie, bo akurat to nie było jego miejsce. A ja zawsze starałam się siadać na końcu. Rozgrywały się tam bitwy na kulki i inne gry, w które niekiedy dawałam się wciągnąć. Czasami wchodziłam w rolę "niegrzecznego ucznia". Pisałam na lekcjach SMS-y i liściki, śmiałam się z wybryków kolegów, gadałam. Z punktu widzenia uczniów lekcja jest właśnie po to, żeby gadać.

Nauczyciele?

- Bywało, że przywoływali do porządku również mnie. W szkole można być uczniem albo nauczycielem, trzeba stanąć po którejś stronie barykady. Jako badacz młodzieży stanęłam po stronie uczniów. Jednak jeśli jako dorosła osoba nie podejmowałam działań wychowawczych, to byłam antywychowawcza. Problem etyczny, z którego zdawałam sobie sprawę.

Jak wyglądał dzień Kasi gimnazjalistki?

- Budzik na siódmą. Przypomniałam sobie, co za mordęga tak wstawać. Największy chyba wysiłek i masakra w szkolnym życiu. Pierwsza lekcja - często spałam i byłam głodna. Czasem kupowałam seven daysy w sklepiku. Przepychaliśmy się, kto zdąży. Mieszkałam jeszcze z rodzicami. Szybko przestawili się na mój nowy tryb życia i znów zaczęli traktować jak dziecko. W momencie, kiedy mama zrobiła mi mleczną zupę rano, pomyślałam, że źle się dzieje. Jedna z wielu schizowych sytuacji.

A na lekcjach?

- Oni robili swoje notatki, a ja swoje - terenowe. Prac domowych nie odrabiałam. Oni też nie. Tylko z matematyki, bo mieliśmy świetną panią, uczyła, wymagała i trzymała dyscyplinę. Stosowałam się do tych samych zasad co uczniowie. Jak oni się bawili, to ja z nimi. Razem się wygłupialiśmy, zmienialiśmy buty w szatni, wybiegaliśmy z klasy "równo z dzwonkiem" i chodziliśmy na wagary.

Po lekcjach?

- Spędzałam czas z "moją paczką", do której wciągnął mnie Robert, gimnazjalny przewodnik i przyjaciel. Chodziliśmy na domówki, do parku, włóczyliśmy się po galeriach handlowych, zwierzaliśmy się sobie, plotkowaliśmy. Uczyli mnie, jak przeżywają radości i smutki. Ich zabawa i dla mnie była zabawą, w radościach towarzyszyłam im całą sobą. Biograficznego doświadczenia nie da się jednak przeskoczyć. Przypomniałam sobie, że trudno być trzynastolatką, ale chyba nie nauczyłam się do końca przeżywać smutków jak oni. Wiedziałam, że to, co ich teraz gnębi, za chwilę nie będzie już takie ważne. W niedolach byłam starszą siostrą, starałam się pomagać bez moralizowania. Udało mi się np. nakłonić kolegów, żeby nie kradli flagi. Żeby zrezygnowali z planu dosypania wychowawczyni proszków nasennych do herbaty.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 81 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    135 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':