Po otrzymaniu nagrody za "Strategię antylop" mówił pan, że to nie tylko nagroda dla pana, ale także dla bohaterów pana książki, Ruandyjczyków, którzy opowiadają o rzezi w 1994 roku. Czyli dla morderców z plemienia Hutu również?
- Trudne pytanie. Kiedy odbierałem nagrodę, przywołałem cytat z Kapuścińskiego, który mówił, że reportaż ma zawsze wielu autorów i tylko swoista tradycja każe nagradzać jednego. Nie sądzę, żeby to zawsze była prawda, ale w moim wypadku akurat jest. Przez dziesięć lat pracowałem w powiecie Nyamata z 24 osobami, napisałem o nich trzy książki i mimo że to ja ostatecznie decydowałem o kształcie książek, to bez mieszkańców Nyamaty by ich nie było.
Przez pierwsze dwa lata rozmawiałem z 14 osobami ocalałymi z rzezi. Powstała książka "Nagość życia". Kolejne dwa lata pracowałem z ich prześladowcami, a zarazem sąsiadami - Hutu. Ich było dziesięciu. Tak powstał "Sezon maczet".
Oczywiście trudno mówić, że moje relacje z ofiarami i ich katami były identyczne. Nie były, ale przecież to nie znaczy, że w literackim sensie Hutu nie stali się też współautorami moich książek. Więc jak widać, to delikatna kwestia.
Która dotyczy także podziału pieniędzy. Bo jak się dowiedzieliśmy, cała nagroda, 50 tys. zł, trafi...
- Tak, cała nagroda pójdzie do mieszkańców Nyamaty.
To zupełnie naturalne. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie byłbym w stanie pracować przez dziesięć lat w tym samym miejscu, jeślibym jakoś nie wspierał tych ludzi finansowo. Chociażby po to, by okazać im wdzięczność. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie moje honoraria i nagrody zostawiam w Ruandzie, ale zaw-sze jakąś częścią się dzielę.
No ale jak dać pieniądze mordercom?
Jak pan rozwiązał ten dylemat?
- Daję pewne kwoty poszczególnym osobom - ocalałym i mordercom, według własnego uznania. Większość pójdzie jednak na potrzeby całego powiatu: na kafejkę internetową, stadion.
Problem z podziałem pieniędzy z nagrody odsyła nas od razu do głównego wątku "Strategii antylop", a więc współżycia katów i ofiar po masakrze. Jedną z pierwszych scen książki jest powrót morderców z więzienia do wioski. Mówią o skrusze, ale to skrucha chyba wyuczona.
- Oczywiście.
Sprawcy ludobójstwa zostali osądzeni. Wyroki były długoletnie, więc biorąc pod uwagę warunki w ruandyjskich więzieniach, szerzące się w nich choroby - ich szanse wyjścia na wolność były żadne. Tak przynajmniej myśleli. Lecz rząd ruandyjski niespodziewanie zaproponował więźniom pewien układ: jeśli okażą skruchę, jeśli będą zachowywać się według wyznaczonych reguł, odzyskają wolność.
Ten kontrakt był, zdaje się, koniecznością. Setki tysięcy mężczyzn w pełni sił trafiło do więzień. To byli Hutu - rolnicy. Bez nich ziemia leżała odłogiem. Tak niewielki kraj jak Ruanda nie mógł sobie pozwolić na to, by trzymać ich za kratkami. Nie mówiąc już o tym, że brakowało prawników, żeby ich wszystkich osądzić.
- Wielu Hutu uciekło też za granicę w obawie przed zemstą i karą. Prawie milion Tutsi zginęło pod maczetami. Kara karą, ale ktoś musiał ten kraj odbudować.
Wielu więźniów skorzystało z propozycji władz. Okazali skruchę, przyznali się do winy, obiecali poprawę, ale trudno nie wyczuć w tym fałszu.
Wiele pisze pan o kłamstwie. Także jako problemie dla pana jako reportera. Bo kłamią pana rozmówcy: zarówno sprawcy, jak i ofiary.
- Na początku było to dla mnie strasznie trudne: jak pracować z ludźmi, którzy cię nieustannie okłamują. Zwłaszcza że nie rozumiałem, dlaczego kłamią. Po co? W końcu zrozumiałem: ofiary kłamały, bo nie pamiętały. Wyparły to, co najokrutniejsze.
Czy można w takim wypadku mówić w ogóle o kłamstwie?
- To coś na krawędzi. Bo to wyparcie ma ścisły związek z uczuciem wstydu. Nie chciały wracać do poniżenia, zezwierzęcenia, które ich dotknęło.
Źródło: Duży Format