Dawniej chorobę tę nazywano żółtaczką z powodu wyraźnego zażółcenia białek oczu i skóry. Dziś nazwa ta odeszła do lamusa, zastąpiło ją określenie "zapalenie wątroby typu...", po czym następuje duża litera alfabetu, np. A, B lub C. Litery te oznaczają różne odmiany wirusów atakujących wątrobę, ale ponieważ konsekwencją ataku wcale nie musi być żółtaczka, stąd zmiana nomenklatury.
Niniejszy tekst dotyczy dwóch najgroźniejszych odmian wirusów uszkadzających wątrobę - HBV (Hepatitis B Virus) i HCV (Hepatitis C Virus), inaczej - wirusów zapalenia wątroby typu B i C.
Wystarczy 0,00004 ml krwi
Wirus B ma kilka niezwykle ciekawych właściwości. Przenosi się podobnie jak słynny HIV - tj. przez krew, drogą seksualną i z matki na dziecko - ale zakazić się nim jest znacznie łatwiej. HIV to przy nim marny fajtłapa ginący dosłownie w okamgnieniu poza organizmem człowieka, nieznoszącym temperatury powyżej 56 st. C i najprostszych środków odkażających w rodzaju rozcieńczonego alkoholu. HBV jest za to odporny jak skała. Potrafi przetrwać nawet kilka lat w zaschniętej plamie krwi lub na narzędziach chirurgicznych czy stomatologicznych. Aby go zabić, nie wystarczy narzędzi wygotować. Wirus B wytrzymuje bowiem temperaturę 100 st. C, ginie dopiero w autoklawie, w którym obok temperatury działa na niego także ciśnienie (jest natomiast wrażliwy na środki dezynfekcyjne na bazie chloru).
Ponadto dawka wirusa potrzebna do zakażenia jest w porównaniu z HIV wielokrotnie niższa. Aby zakazić się HIV, trzeba by do organizmu dostało się blisko 0,1 ml skażonej krwi, w przypadku HBV wystarczy jej zaledwie 0,00004 ml! (to naturalnie tylko dane szacunkowe, zależy to bowiem od tego, ile cząstek wirusa krąży aktualnie w krwiobiegu dawcy).
Także w czasie seksu zakazić się wirusem B jest znacznie łatwiej niż HIV. Ocenia się, że w przypadku mężczyzn ryzyko zakażenia HBV podczas pierwszego niezabezpieczonego (czyli bez prezerwatywy) kontaktu seksualnego wynosi ok. 16, a w przypadku kobiet - aż 40 proc. (ryzyko złapania HIV jest kilku-kilkunastokrotnie mniejsze, choć naturalnie można się też zakazić za pierwszym razem).
Dlaczego w związku z tym wszyscy boimy się - a przynajmniej do niedawna panicznie baliśmy się - HIV, a nie boimy się HBV?
Jednym z powodów jest to, że zakażenie HIV - o ile nie zaczniemy brać leków - niemal zawsze po kilku-kilkunastu latach prowadzi do śmierci. Tymczasem w przypadku HBV aż w 80 proc. przypadków zakażenie nie wywołuje żadnych objawów. Większość z nas potrafi zwalczyć wirusa, całkowicie się wyleczyć i na dodatek uodpornić na kontakt z wirusem B w przyszłości. Niestety, nawet w tych przypadkach możliwa jest reaktywacja HBV.
Ale są też i gorsze scenariusze. Może wystąpić bowiem bardziej lub mniej dotkliwe ostre zapalenie wątroby, może też dojść do przewlekłego zapalenia. Ta druga sytuacja ma miejsce w kilku proc. przypadków - zwykle im młodszy organizm, tym ryzyko przewlekłego zakażenia większe. Noworodki zakażone przez matkę lub dzieci, które złapią wirusa w ciągu pierwszych miesięcy życia, chorują przewlekle w 70-90 proc., dorośli - w ok. 5 proc.
Z wirusem B zetknęło się co najmniej 2 mld ludzi na świecie, z czego ok. 350 mln zakażonych jest przewlekle. Są to głównie mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej oraz regionu Pacyfiku. W Polsce zakażonych przewlekle jest 1-1,5 proc. obywateli, tzn. ok. 320 tys. ludzi (liczbę zakażonych HIV w Polsce ocenia się na 10-20 tys.). W Azji dominuje droga zakażenia z matki na dziecko, a u nas - poprzez skażony sprzęt medyczny i niemedyczny (np. podczas wykonywania tatuażu czy wstrzykiwania narkotyku brudną igłą) oraz podczas seksu.
Na szczepienie marsz
Przewlekłe zakażenie wirusem zapalenia wątroby typu B to jeszcze nie koniec świata. Bywa bowiem tak, że wirus namnaża się na tyle leniwie, że organizm daje sobie radę, ale zdarza się niestety i tak, że z upływem czasu wątroba coraz bardziej cierpi. Miejsce jej zdrowych komórek zajmuje tkanka łączna. Początkowo jest je niewiele, lecz z czasem na tyle dużo, że dochodzi do głębokiej przebudowy i zaburzeń czynności tego narządu. Szwankować zaczyna cały organizm, gdyż wątroba pełni aż 500 różnych funkcji metabolicznych.
Najpoważniejszą konsekwencją przewlekłego zakażenia jest rak wątroby. Zakażenie wirusem B zwiększa jego ryzyko aż stokrotnie. Z tego raka można się wyleczyć tylko we wczesnych jego fazach, w zaawansowanej postaci ratunkiem jest przeszczep.
Spośród wspomnianych 350 mln przewlekłych nosicieli HBV umiera od 0,5 do 1,2 mln osób rocznie. W Polsce rak wątroby kiedyś należał do rzadkości - pierwszą udokumentowaną jego ofiarą był marszałek Józef Piłsudski. Dziś to poważny problem kliniczny, liczba nowych przypadków przekracza 5 tys. rocznie; dla porównania - przeszczepów wątroby robi się ok. 200.
Na szczęście do walki z wirusem B mamy od blisko 30 lat wspaniałą broń - wysoce skuteczną i niemal całkowicie bezpieczną szczepionkę profilaktyczną. Szczepienia te bardzo przyczyniły się do zmniejszenia liczby zakażeń. I tak o ile w Polsce w latach 1979-85 rejestrowano ok. 15-16 tys. zachorowań rocznie, o tyle w ostatnich sześciu latach liczba ta ani razu nie przekroczyła 2 tys.
Od 1995 r. szczepi się u nas obowiązkowo i bezpłatnie wszystkie noworodki, obowiązkowym szczepieniom podlegają też pracownicy służby zdrowia i osoby wykonujące zawody o zwiększonym ryzyku (np. strażacy, policjanci). A zatem wszyscy Polacy poniżej 15. roku życia mogą się czuć bezpiecznie (co prawda nie w 100 proc., ponieważ zdarza się, że ktoś nie odpowie na szczepionkę; jest jednak proste badanie krwi, które to sprawdza).
Gorzej z dorosłą populacją. Niektórzy z nas szczepili się samemu (trzeba wziąć trzy dawki według schematu 0-1-6 miesiąc; koszt jednej dawki - ok. 60 zł), bo tak radził lekarz bądź domagał się tego szpital przed planowanym zabiegiem.
A co mają zrobić pozostali? Zdecydowanie zaszczepić się, z tym że uprzednio sprawdzić, czy aby nie zetknęli się już wirusem B. Jeśli tak, w ich krwi będzie tego ślad i wtedy szczepionka nie jest potrzebna, gdyż jesteśmy odporni lub...zakażeni, co wykażą odpowiednie testy.
W najgorszej sytuacji są ci, którzy nie zdążyli się szczepić, zakazili się wirusem, noszą go w sobie od lat, a ten mnoży się i stopniowo wykańcza wątrobę. Jednak i tu nie jesteśmy bezradni. Są dziś bowiem leki, które potrafią hamować namnażanie wirusa. Problem w tym, że te najlepsze, najnowsze preparaty są drogie, dlatego też w Polsce nadal gros chorych leczy się starszym i tańszym lekiem, a ten działa zwykle do czasu, po czym pojawia się oporność wirusa na lek, który traci swoją skuteczność. Z badań wynika, że lepiej od razu zastosować nowszą, skuteczniejszą broń, niż przestawiać na nią chorych, gdy zawodzi słabsza, wtedy bowiem i ta nowa może już nie pomóc. Coraz częściej niektórzy chorzy już "na dzień dobry" zakażeni są leko opornym szczepem i wtedy podawanie starszego preparatu w ogóle mija się z celem.
- Martwimy się, że nie możemy leczyć pacjentów zgodnie ze światowymi standardami. Mamy nadzieję, że się to zmieni - mówi prof. Krzysztof Simon z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Źródło: Gazeta Wyborcza