Jak inaczej odbierać apele PiS i
SLD do rządu o znowelizowanie tegorocznego budżetu? Premier
Donald Tusk zapowiedział po 6 tys. zł zapomogi dla każdej poszkodowanej rodziny. Rząd ma na to 2 mld zł w budżecie, z rezerwy na współfinansowanie projektów unijnych. Wystarczy, że taki plan przyklepie sejmowa komisja finansów. Powodzianie mogą dostać te pieniądze praktycznie już. Ale opozycja podbija stawkę - nie 6 tys., lecz 12 tys. zł. Żąda nowelizacji budżetu, co może zabrać nawet kilka tygodni, bo taki projekt musi przejść przez Sejm, Senat, znowu Sejm i prezydenta.
Jarosław Kaczyński był premierem, musi wiedzieć, że łatwiej i szybciej jest przesunąć środki w budżecie, niż go nowelizować. Może trudno mu uwierzyć, że przy rekordowym deficycie (52,2 mld zł) premier wytrzaśnie skądś 2 mld dla powodzian? Powinien jednak wiedzieć, że od kilku lat w budżecie tworzy się rezerwy, które zwykle nie są w całości wykorzystywane. Sięgnięcie po pieniądze z ośmiomiliardowej rezerwy na współfinansowanie projektów unijnych nie musi też oznaczać, że ucierpią na tym jakieś inwestycje. Może być tak, że inwestycja zacznie się z opóźnieniem albo odwrotnie - została skończona, a
Unia Europejska szybko zapłaciła za zgromadzone przez nas faktury.
Proponowanie, by zaciągnąć dodatkowe długi w sytuacji, gdy
Grecja właśnie z powodu długów znalazła się na skraju bankructwa, a kraje europejskie wprowadzają programy oszczędnościowe, byłoby ze strony opozycji skrajną nieodpowiedzialnością. Może zatem PiS i SLD spodziewają się, jak wielu ekonomistów, że tegoroczne dochody budżetowe będą wyższe? Rzeczywiście, w budżecie na 2010 r. przyjęto 1,2 proc. wzrost PKB, a może być nawet 3 proc. Przy planowaniu budżetu nie uwzględniono też 4 mld zł wpłaty z zysku z
NBP. Oczywiście nie jest tak, że jak do kasy państwa wpłynie więcej pieniędzy, to rząd może je wydać, na co chce. Po prostu zmniejszy się deficyt, czyli mniej będziemy pożyczać na pokrycie wszystkich wydatków.
Nowelizując budżet, opozycja mogłaby "oznakować" pieniądze - pochodzące z tych wyższych dochodów - dla powodzian. Tylko po co, skoro one i tak w budżecie są? Czyżby chodziło tylko o to, by powodzianie zapamiętali sobie, jak dzielna opozycja walczyła o pieniądze dla nich?
Budżet to dla funkcjonowania państwa najważniejsza ustawa. Każde majsterkowanie przy niej wzbudza nerwowość inwestorów. Na pomysłach PiS i SLD powodzianie by nie zyskali, za to ucierpiałaby wiarygodność Polski na rynkach międzynarodowych. Trudniej byłoby nam sprzedać obligacje, może musielibyśmy płacić inwestorom więcej za to, by je kupili. Nie ratujmy się z powodzi pożarem.