Dla nas Nil to absolutne być albo nie być, sprawa bezpieczeństwa narodowego, kwestia przeżycia 80 mln Egipcjan - mówi przy każdej okazji Muna Omar, wiceminister spraw zagranicznych. Podobnie jak większość egipskich polityków, którzy nie chcą słyszeć o oddaniu choćby kropelki wód Nilu, do których dzisiaj mają prawo.
Aż 55 mld m sześć. wody rocznie przysługuje im na podstawie dwóch mocno przestarzałych umów - jednej z czasów kolonialnych, zawartej z Brytyjczykami w 1929 r. i kolejnej podpisanej 30 lat później z Sudanem.
Pierwsza daje Egiptowi prawo wetowania wszystkich decyzji związanych z Nilem, czyli bez egipskiej zgody żadne z państw w dorzeczu rzeki nie może przeprowadzić najmniejszego projektu irygacyjnego, zbudować tamy czy pompowni. Druga daje Egiptowi i Sudanowi prawo do 90 proc. wody z najdłuższej, liczącej prawie 7 tys. km, rzeki świata.
- Tamte porozumienia są z innej epoki, ale Egipcjanie do dzisiaj uważają, że Nil to ich własność, której nikomu nie wolno tknąć - oburza się premier Etiopii Meles Zenawi.
W podpisanej w 1999 r. Inicjatywie w sprawie Dorzecza Wód Nilu (NBI) dziesięć krajów, w tym Egipt i Sudan, zobowiązało się do współpracy przy korzystaniu z wód rzeki. Jednak inicjatywa do dziś pozostawała wyłącznie na papierze bo monopolistyczny duet uparcie odmawia oddania pozostałym choćby kropli.
Kiedy fiaskiem zakończyły się ubiegłoroczne rozmowy w Aleksandrii i kolejne spotkanie w kwietniu w Szarm el-Szejk, partnerzy Egiptu i Sudanu ostatecznie stracili cierpliwość.
14 maja ministrowie Ruandy, Etiopii, Ugandy i Tanzanii podpisali w Entebbe w Ugandzie porozumienie tworzące specjalną komisję zarządzającą prowadzonymi wzdłuż Nilu projektami. Kilka dni później dołączyła
Kenia, a Burundi i Demokratyczna Republika Konga zapowiedziały, że też się podpiszą.
Na reakcję Egiptu nie musieli długo czekać. - Nic nas nie obchodzi to nielegalne porozumienie - stwierdził krótko rzecznik egipskiego
MSZ. - Podejmiemy każde działanie, byle chronić nasze prawa do Nilu - dodał egipski minister ds. zasobów wodnych.
Zawrzało też w egipskich mediach. - Porozumienie z Entebbe dla większości Egipcjan brzmi jak wyrok śmierci - napisał poczytny tygodnik "Al-Ahram".
Dlaczego Egipcjanie tak histerycznie reagują na wszelkie próby odebrania im choćby niewielkiej części wód Nilu? Wystarczy rzut oka z samolotu - Egipt to cienki pas zieleni przecinający w połowie ogromną jałową pustynię. Nil dostarcza 95 proc. zużywanej przez Egipcjan wody, mieszka nad nim zdecydowana większość z 80 mln mieszkańców.
Jednak egipska arogancja nie może trwać wiecznie. W 10 położonych nad wielką rzeką państwach mieszka aż 400 mln ludzi. Władze każdego z tych krajów mają związane z rzeką ambitne plany:
Etiopia i Uganda chcą zbudować więcej tam, w Kenii planowane są wielkie prace irygacyjne, w Tanzanii - 170-km wodociąg. Poza tym wszystkie potrzebują Nilu jako źródła energii, więc również stawiają sprawę na ostrzu noża. - Tam, gdzie nie ma rządów prawa, panuje prawo dżungli, dlatego jeśli nie będzie współpracy, nie będzie pokoju - grozi Kenia.
- Egipt musi ustąpić, bo próbuje powstrzymać coś, czego powstrzymać się nie da - przekonuje z kolei etiopski premier Zenawi.
Także zachodni eksperci przyznają, że spór o Nil to nie żarty. - To prawdziwy cud, że w tym regionie do tej pory nie dochodziło do wielkich wojen o wodę - mówi Hadi Larbi, ekspert od Bliskiego Wschodu I Afryki Północnej w Banku Światowym. - Ale to cisza przed burzą, bo rosnąca liczba ludności, zmiany klimatu i ciągłe susze coraz bardziej pogarszają sytuację, wpływając na politykę zagraniczną i spokój wewnętrzny tych państw - ostrzega.
Lepszej myśli jest etiopski ekspert Debay Tadesse, który wierzy, że Egipt i Sudan przystąpią do porozumienia z Entebbe. - To jedyne rozsądne wyjście, inaczej nie będą wiedzieli, co się dzieje w górze rzeki, a to może być dla nich zwyczajnie niebezpieczne.
I rzeczywiście, w weekend na rozmowy do Kairu przyjechał premier Kenii Raila Odinga, a egipskie delegacje pojechały do Etiopii i Ugandy. Egipt odwiedził już prezydent Konga, do Kairu wybiera się prezydent Burundi.
- Dzisiejsze problemy to skutek zaniedbania kontaktów z Afryką - uważa egipski analityk polityczny Amr Al-Szubaki. - Przez ostatnie 40 lat rządowi wydawało się, że wystarczą dobre stosunki z krajami położonymi na północ od Egiptu, a południem nie ma co zawracać sobie głowy.