Sytuacja na Wiśle pod Płockiem pozornie uspokoiła się, bo poziom wody w rzece przestał wzrastać. W podpłockim Dobrzykowie nadal trwało układanie i wzmacnianie tymczasowej zapory z worków z piaskiem. W poniedziałek saperzy wysadzili część wałów, by woda z rozlewiska mogła wrócić do koryta rzeki. Wczoraj widać było, że zabieg ten okazał się skuteczny.
Doszło jednak do paradoksu. Zatrzymane rozlewisko pod Dobrzykowem przestało zagrażać dalszym terenom, w tym lewobrzeżnym osiedlom Płocka, ale wracająca do koryta rzeki woda podniosła jej poziom i zaczęła zagrażać Borowiczkom - jednemu z osiedli w prawobrzeżnej części miasta.
Teren, na którym mieszka prawie 400 osób, otaczają stare wały, które od kilku dni przeciekają. Mimo zarządzonej przez prezydenta Płocka ewakuacji mieszkańcy nie opuścili domów. Rzucili się do układania worków z piaskiem. Robili to całą noc i cały wtorek. Pomagają im harcerze i młodzież z płockiego liceum wojskowego, którzy poszli na wagary. Wczoraj rozładowali 30 prawie 30-tonowych ciężarówek z piachem.
Dzięki temu, że poziom wody w Dobrzykowie się obniżył, stabilizuje się też sytuacja na terenie gmin Słubice i Gąbin, najbardziej dotkniętych powodzią. W tej pierwszej - według szacunków wójta Józefa Walewskiego - Wisła zalała 11 wsi, a w nich 400 gospodarstw zamieszkanych przez ponad 1,4 tys. osób. W gminie Gąbin zalało trzy miejscowości i ulicę w czwartej, mieszka tam 1,2 tys. osób.
We wtorek do powodzian wyszedł biskup płocki Piotr Libera. Spotkaliśmy go w miejscowości Borki (około 20 km od Płocka).
- Trzeba wspierać mieszkańców, bo spotkała ich ogromna tragedia - podkreślał biskup. - Najbardziej obawiają się tego, że za jakiś czas żywioł może ponownie zaatakować. Najwyższy czas zająć się wałami przeciwpowodziowymi.
Źródło: Gazeta Wyborcza