http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Naciskany gen. Błasik pomagał w lądowaniu Tu-154?

rim
2010-05-25, ostatnia aktualizacja 2010-05-25 12:59

Gen. Andrzej Błasik
Gen. Andrzej Błasik
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG

Dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był w kabinie pilotów prezydenckiego Tu-154 aż do katastrofy - ujawnił w poniedziałek Edmund Klich, przedstawiciel Polski w komisji badającej przyczyny rozbicia się prezydenckiej maszyny w Smoleńsku. Czy zjawił się tam z własnej inicjatywy czy był naciskany przez kogoś "z zewnątrz"?

- Generał Błasik "zdawał sobie chyba sprawę z tego, że lądowanie nie odbędzie się na lotnisku w Smoleńsku, że będzie przesunięte i opóźnione. Nie wiem, czy na niego nie było presji zewnętrznej. Nie wiem czy to była jego inicjatywa. Można przypuszczać, że został nawet wysłany, ale to są moje domysły - mówił Klich we wtorek dla Polsatu. - Jaki wpływ miało to na przebieg lotu w ostatniej fazie, to jeszcze będą oceniać psychologowie, którym dostarczone zostaną materiały związane z poziomem stresu załogi podczas lotu na początku i w końcowej fazie lotu - dodał.

Klich mówił w programie "Teraz My" (TVN), że generał przyszedł do kabiny kilka minut przed rozbiciem się samolotu. Z odczytanych zapisów rozmów w kokpicie nie wynika, by wprost naciskał na lądowanie w fatalnych warunkach - przy widzialności poziomej 200 - 400 m i pionowej 50 m. Minimalne warunki do lądowania to 1000 i 100 m. - Każdy czułby jednak presję w takiej sytuacji. Zachowanie pilotów ocenią nasi psycholodzy, którzy przesłuchają zapis czarnych skrzynek - mówił Klich. Generał zapewne siedział w kabinie na rozkładanym, piątym fotelu.

Klich wyjaśniał, że mniej więcej 14 minut przed katastrofą w kokpicie pojawiła się inna osoba, jeszcze niezidentyfikowana. Pytała, czy będą jakieś opóźnienia - Tu-154 miał 10 kwietnia wylądować w Smoleńsku ok. 40 minut przed rozpoczęciem uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Kilka minut przed przyjściem tej osoby załoga dwukrotnie otrzymała z lotniska informację, że jest gęsta mgła, która uniemożliwia lądowanie. Zgodnie z procedurą piloci musieli o tym powiadomić obecnych na pokładzie przedstawicieli Kancelarii Prezydenta.

Klich mówił, że załoga dostała zgodę na tzw. warunkowe lądowanie - miała zejść na wysokość 100 m i jeśli nie zobaczy ziemi, odlecieć. Mimo to maszyna zniżała się, a piloci mieli tego świadomość. Gdy znaleźli się ok. 15 m nad ziemią, próbowali poderwać samolot. Chwilę potem uderzyli lewym skrzydłem w brzozę o średnicy ok. 40 cm. Wtedy zdali sobie sprawę z tego, że samolot się rozbije. Ok. 5-6 s później maszyna ostatecznie się roztrzaskała.

Klich chwalił współpracę z Rosjanami. Mówił, że nie ma żadnych podejrzeń, by próbowali coś ukryć. W komisji badającej wypadek pracuje stale 8-10 polskich specjalistów. Sam Klich jako akredytowany przedstawiciel Polski ma dostęp do wszystkich dokumentów. - Uczestniczyłem też w przesłuchaniach najważniejszych osób odpowiedzialnych za kontrolę lotów na lotnisku - opowiadał Klich, który w 2006 r. za rządów koalicji PiS-LPR-Samoobrona został szefem Komisji Badania Wypadków Lotniczych RP. Podkreślał, że jeśli były ze strony kontrolerów uchybienia, to niewielkie, bez wpływu na katastrofę. - Załoga w tamtych warunkach w ogóle nie powinna podchodzić do lądowania - stwierdził Klich.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 192 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    298 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':