- Generał Błasik "zdawał sobie chyba sprawę z tego, że lądowanie nie odbędzie się na lotnisku w Smoleńsku, że będzie przesunięte i opóźnione. Nie wiem, czy na niego nie było presji zewnętrznej. Nie wiem czy to była jego inicjatywa. Można przypuszczać, że został nawet wysłany, ale to są moje domysły - mówił Klich we wtorek dla Polsatu. - Jaki wpływ miało to na przebieg lotu w ostatniej fazie, to jeszcze będą oceniać psychologowie, którym dostarczone zostaną materiały związane z poziomem stresu załogi podczas lotu na początku i w końcowej fazie lotu - dodał.
Klich mówił w programie "Teraz My" (
TVN), że generał przyszedł do kabiny kilka minut przed rozbiciem się samolotu. Z odczytanych zapisów rozmów w kokpicie nie wynika, by wprost naciskał na lądowanie w fatalnych warunkach - przy widzialności poziomej 200 - 400 m i pionowej 50 m. Minimalne warunki do lądowania to 1000 i 100 m. - Każdy czułby jednak presję w takiej sytuacji. Zachowanie pilotów ocenią nasi psycholodzy, którzy przesłuchają zapis czarnych skrzynek - mówił Klich. Generał zapewne siedział w kabinie na rozkładanym, piątym fotelu.
Klich wyjaśniał, że mniej więcej 14 minut przed katastrofą w kokpicie pojawiła się inna osoba, jeszcze niezidentyfikowana. Pytała, czy będą jakieś opóźnienia - Tu-154 miał 10 kwietnia wylądować w Smoleńsku ok. 40 minut przed rozpoczęciem uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Kilka minut przed przyjściem tej osoby załoga dwukrotnie otrzymała z lotniska informację, że jest gęsta mgła, która uniemożliwia lądowanie. Zgodnie z procedurą piloci musieli o tym powiadomić obecnych na pokładzie przedstawicieli Kancelarii Prezydenta.
Klich mówił, że załoga dostała zgodę na tzw. warunkowe lądowanie - miała zejść na wysokość 100 m i jeśli nie zobaczy ziemi, odlecieć. Mimo to maszyna zniżała się, a piloci mieli tego świadomość. Gdy znaleźli się ok. 15 m nad ziemią, próbowali poderwać samolot. Chwilę potem uderzyli lewym skrzydłem w brzozę o średnicy ok. 40 cm. Wtedy zdali sobie sprawę z tego, że samolot się rozbije. Ok. 5-6 s później maszyna ostatecznie się roztrzaskała.
Klich chwalił współpracę z Rosjanami. Mówił, że nie ma żadnych podejrzeń, by próbowali coś ukryć. W komisji badającej wypadek pracuje stale 8-10 polskich specjalistów. Sam Klich jako akredytowany przedstawiciel Polski ma dostęp do wszystkich dokumentów. - Uczestniczyłem też w przesłuchaniach najważniejszych osób odpowiedzialnych za kontrolę lotów na lotnisku - opowiadał Klich, który w 2006 r. za rządów koalicji
PiS-
LPR-
Samoobrona został szefem Komisji Badania Wypadków Lotniczych RP. Podkreślał, że jeśli były ze strony kontrolerów uchybienia, to niewielkie, bez wpływu na katastrofę. - Załoga w tamtych warunkach w ogóle nie powinna podchodzić do lądowania - stwierdził Klich.