http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

O powodzi nie chcemy pamiętać

Rozmawiał Marek Wielgo
2010-05-24, ostatnia aktualizacja 2010-05-24 19:16

Zalane osiedle Kozanów, Wrocław
Zalane osiedle Kozanów, Wrocław
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta

Państwo powinno zakazać dalszej zabudowy terenów zagrożonych powodzią - postuluje Piotr Nieznański, kierownik działu ochrony przyrody WWF Polska oraz członek Krajowej Rady Gospodarki Wodnej

Wrocław podczas powodzi w roku 1997
Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Wrocław podczas powodzi w roku 1997
Marek Wielgo: Trudno się jednak dziwić ludziom, że sami pchają się na te tereny, bo np. ziemia jest tania...

Dzieje się tak często dlatego, że ludzie nie mają pojęcia, jak duże jest zagrożenie. Np. wiedzą, że działka jest nad rzeką, ale nie wiedzą, czy prawdopodobieństwo jej wylania na tym terenie jest duże, czy małe. Tę świadomość można poprawić np. za pomocą specjalnych map ryzyka powodziowego, które powinny być sporządzone i udostępnione mieszkańcom w każdej gminie. Wraz z Regionalnym Zarządem Gospodarki Wodnej we Wrocławiu WWF opracował i przekazał nieodpłatnie takie mapy gminom nadodrzańskim w województwie dolnośląskim. Większość z nich wykorzystuje je przy wydawaniu decyzji o zabudowie.

Konieczna jest też chyba przede wszystkim budowa i remonty zbiorników i wałów przeciwpowodziowych?

Piotr Nieznański: To nie jest skuteczne rozwiązanie, więc na świecie się od niego odchodzi. Zbiorniki i wały dają fałszywe poczucie bezpieczeństwa, co zachęca do zabudowy terenów zagrożonych wylewami rzeki. I wręcz prowadzą do coraz większych strat na terenach, które zostaną zalane w wyniku przerwania obwałowania. Niestety, obawiam się, że w zbliżających się wyborach samorządowych kandydaci na radnych będą obiecywali wyborcom budowę zbiornika czy podwyższenie wału, żeby przeciąć na nim wstęgę. Tymczasem zamiast nowych, wpisujących się w kampanię wyborczą zbiorników i wałów, potrzebne jest nam zintegrowane podejście do ochrony przeciwpowodziowej.

A co Pan proponuje?

Konsekwentną budowę systemu, który obejmowałby takie kwestie, jak: wczesne ostrzeganie, prognozowanie, prewencję, odpowiednią adaptację budynków, czy wreszcie sporządzanie map terenów zalewowych. Przy czym każdy powinien mieć do nich dostęp. W Polsce są już realizowane projekty, które polegają na opracowywaniu planów reagowania w przypadku powodzi, edukowaniu mieszkańców i przygotowania ich do ewentualnej powodzi. Ten chaos, który obserwujemy w momencie jej wystąpienia, jest często skutkiem właśnie nieprzygotowania.

Jak wygląda takie szkolenie?

Może ono mieć różną formę i odbywać się już w szkołach. Taki projekt edukacyjny realizowany jest np. przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Krakowie. Dzieci poznają zasady zachowania się w czasie powodzi. Ciekawym pomysłem jest oznakowywanie numeracji budynków różnymi kolorami, w zależności od tego, w jakiej strefie zagrożenia powodzią znajduje się dany budynek. Kolor czerwony oznacza, że budynek znajduje się w strefie natychmiastowej ewakuacji. Z kolei kolor zielony , to znak, że w budynku można znaleźć schronienie w czasie powodzi. To jedynie przykład, ale właśnie tego typu rozwiązania tworzą system. Buduje się go jednak latami, razem z ludźmi, żeby byli świadomi zagrożeń. A więc, nie wały i zbiorniki, nie budowanie fałszywego poczucia bezpieczeństwa, tylko tego typu praca jest potrzebna. Ona wymaga konsekwencji i systematyczności.

Może ludzie nie ignorowaliby zagrożenia powodziowego, gdyby zdani byli wyłącznie na siebie? Tymczasem politycy przyzwyczaili nas do tego, że nie warto się ubezpieczać, bo państwo pomoże.

Już słychać hasła, że wszyscy dostaną pieniądze na odbudowę. W 2001 r. pływałem łódką po terenach zalanych wodą z Wisły. W trakcie powodzi i krótko po niej ludzie, z którymi rozmawiałem mówili, że chcą się stąd wynieść, że nie chcą mieszkać na terenie zagrożonym. Odwiedziłem ich rok później. Domy były już odbudowane, a moi rozmówcy zaczęli zapominać, co ich spotkało. Dlaczego? Bo liczą, że powódź zdarzy się za następne 100 lat. I w ten sposób mamy błędne koło. Jednak rząd może je przerwać. Jak? W uzasadnionych przypadkach oferując powodzianom pieniądze nie na odbudowę domów w tym samym zagrożonym miejscu, ale na przeniesienie się w miejsce bezpieczne.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':