Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Wybory prezydenckie odbywają się w cieniu trzech nadzwyczajnych wydarzeń: katastrofy smoleńskiej, powodzi na południu Polski oraz kryzysu greckiego. Dwa pierwsze będą miały poważny wpływ na przebieg kampanii. Grecki kryzys, a tak naprawdę kolejna odsłona światowego kryzysu, będzie jednym z najważniejszych problemów, przed którym stanie nowy lokator Pałacu Prezydenckiego. W innych krajach, gdzie ostatnio odbyły się wybory - na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii, w najludniejszym landzie Niemiec Nadrenii Północnej-Westfalii - kryzys i jego skutki były w kampaniach na pierwszym planie. W Polsce temat ten usiłują wrzucić na agendę niektórzy politycy PO, a przede wszystkim minister finansów, lecz na razie bez większych efektów. Bo kampania to emocje, a te wciąż koncentrują się na tragicznym wydarzeniu z 10 kwietnia i na niespodziewanym dramacie, który dotknął tysiące ludzi na południu Polski.
Kogo zaleje powódźO tej porze roku powodzie w Polsce zdarzają się rzadko. Co innego wiosną, gdy ruszają lody, lub w końcu czerwca, gdy rzeki na południu Polski wzbierają od ciągłych deszczów. Tym razem deszcze przyszły znacznie wcześniej, stawiając rząd i premiera przed kolejnym sprawdzianem. Szanse kandydata PO Bronisława Komorowskiego w dużej mierze będą zależały od tego, jak Tusk sobie poradzi z powodzią.
Na kataklizm nie ma silnych. Popularność prezydenta George'a W. Busha ostatecznie załamała się, gdy Amerykanie uznali, że zlekceważył skutki huraganu "Katrina". Czy gdyby prezydent zachował się z większą empatią, straty w Nowym Orleanie byłyby mniejsze? Zapewne nie - najbardziej ucierpiały biedadomki, których osiedla powstawały przez lata. Ale odium spadło na Busha, który nie zachował się tak, jak powinien.
W Polsce przed 13 laty premier Cimoszewicz, który rządził w okresie bardzo dobrej koniunktury, przegrał przez jedną niefortunną, choć szczerą wypowiedź w czasie powodzi: "trzeba było się ubezpieczyć". Do Cimoszewicza przylgnęła etykietka: nieczuły na ludzkie nieszczęścia. I już się nie dała odkleić.
W Polsce nie można uniknąć skutków powodzi, gdyż tysiące domów zostało zbudowanych na terenach zalewowych. Są chronione wałami, ale jest to ochrona na powódź normalną, a nie "stulecia", która zdarza się co kilka lat. Dotyczący Małopolski i Świętokrzyskiego raport
NIK z grudnia 2009 r. wymienia wiele zaniedbań w utrzymaniu infrastruktury, która ma zapobiegać powodziom. Zaniedbania narastały latami, tak jak biedaosiedla w Nowym Orleanie. Ale raport będzie orężem w walce z rządem Tuska i kandydatem PO w wyborach prezydenckich.
Dziś państwo radzi sobie z powodzią nieco lepiej niż w roku 1997, gdyż na szczeblu dużych województw, powstałych po reformie samorządowej łatwiej jest zarządzać klęskami. Ale i i przed 13 laty skuteczna akcja powodziowa wypromowała kilku lokalnych polityków, którzy wykazali się ponadstandardową sprawnością i osobistą odwagą. Bohaterem wrocławian został
Bogdan Zdrojewski, w rządzie Tuska oddelegowany na "odcinek kultury". Czy tym razem powódź zatopi rząd, czy też - mówiąc obrazowo - premier wypłynie na fali jako bohater? Za wcześnie, by powiedzieć. Reakcje ludzi dotkniętych klęską są trudne do przewidzenia.
Premier wykazuje się energią i cywilną odwagą, stając na terenach dotkniętych klęską twarzą w twarz z ludźmi przepełnionymi goryczą. Ale czasami można odnieść wrażenie, że ma już wszystkiego dosyć. Zgłasza pretensje do władz lokalnych, do wojewodów i do mieszkańców, którzy sami wybrali sobie niedołężnego wójta. Powódź powinna być pretekstem do refleksji o stanie państwa i władz samorządowych. Ale w kampanii liczą się emocje - to nie jest czas na chłodne refleksje.
O stanie państwa wiele też mówi katastrofa smoleńska, która pokazała dwa oblicza Polski: stabilność instytucji, którą zapewnia konstytucja, oraz marną jakość wielu urzędów i procedur. Państwo potrafiło sprawnie zorganizować skomplikowaną akcję logistyczną związaną ze sprowadzeniem zwłok ofiar, urządzeniem pogrzebów, potrafiło zapewnić funkcjonowanie instytucji, których szefowie lub wysocy urzędnicy zginęli, i szybko dostosować się do nowego kalendarza politycznego. Ale wcześniej nie zadbało, by jego przywódcy nie odbywali podróży w warunkach, które dyskwalifikowałyby każdą europejską linię lotniczą. Katastrofa pokazała też brzydką stronę polskiego wojska - brak solidarności ludzi w mundurach, zrzucanie winy na poprzedników lub obwinianie następców przez tych, którzy wcześniej odeszli ze służby.
Z katastrofy trzeba będzie wyciągnąć wnioski, które wykroczą poza doraźność kampanii wyborczej. Ale w kampanii gra się emocjami i nie ma czasu na wyważanie racji. Tragedia smoleńska też stała się orężem w walce o stanowisko głowy państwa. Zamiast refleksji o stanie państwa mamy kłótnię o to, kto - strona rządowa czy prezydencka - bardziej zawinił.
Ofensywa PiSKatastrofa samolotowa stworzyła PiS wyjątkowe warunki do ofensywy politycznej. Wstrząs, jakim była śmierć prezydenta i kilkudziesięciu polityków, przerodził się w spontaniczny odruch współczucia dla rodzin ofiar, a także dla ich środowiska politycznego. To, że pod Smoleńskiem zginęli parlamentarzyści wszystkich ugrupowań, zeszło na plan dalszy. Uwaga mediów i opinii publicznej koncentrowała się na śmierci głowy państwa i ludzi z jego zaplecza politycznego.
Ciepłe, zgodne z polską tradycją wspomnienia o Lechu Kaczyńskim, które pojawiły się we wszystkich mediach, zostały przez komentatorów sprzyjających braciom Kaczyńskim zinterpretowane jako pośmiertne uznanie wielkości prezydenta. Krytyczna ocena jego działań przez jakiś czas była niemożliwa. Za to działacze PiS, a zwłaszcza ich zwolennicy, brutalnie atakowali obóz rządowy i media niesprzyjające braciom Kaczyńskim, posuwając się do zarzutów o odpowiedzialności (co najmniej moralnej) premiera za katastrofę. Krytycznych wobec prezydenta publicystów, którzy teraz z szacunkiem wyrażali się o zmarłym, oskarżano o obłudę oraz o zorganizowanie sterowanej (zapewne przez sztab PO) kampanii, która spowodowała, że naród nie dostrzegał za życia wielkości prezydenta.
Nad trumną tragicznie zmarłego trudno było podejmować polemikę z absurdalnymi argumentami, co zostało wykorzystane przez działaczy PiS. Do tego w żałobną ofensywę PiS zaangażował się
Kościół, który od połowy lat 90. stronił od jednoznacznego angażowania się w gry polityczne. Setki mszy żałobnych przekształcały się w wiece poparcia dla jednej partii.
Ofensywa PiS przebiegała w trzech kierunkach. Po pierwsze, nastąpiła mobilizacja i integracja działaczy i zwolenników. PiS pokazał, że jest czymś więcej niż zwykłą partią. Jest (a przynajmniej może być momentami) masowym ruchem, że ma zdolność mobilizowania mas. Pod kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego podpisało się grubo ponad 1 mln osób.
Drugim kierunkiem ofensywy był teren niezagospodarowany, ludzie obojętni na politykę, niebiorący zwykle udziału w wyborach. Liczba osób deklarujących chęć głosowania w najbliższych wyborach wzrosła. To nie znaczy, że ci ludzie naprawdę pójdą do wyborów, ale "nowi", którzy wcześniej w badaniach opinii publicznej twierdzili, że na pewno nie zagłosują, w większości opowiadają się po stronie PiS. Widać to także w grupie najmłodszych, którzy pójdą do wyborów po raz pierwszy. Wprawdzie zwolennicy PO przeważają, ale w mniejszej skali niż wśród nieco starszych roczników.
Dzięki zagospodarowaniu nowych wyborców i przejęciu części elektoratu mniejszych ugrupowań PiS skoczył w sondażach popularności, a jego kandydat na prezydenta przekracza próg 30 proc. poparcia w I turze. To jednak wciąż za mało, by partia ta mogła realnie myśleć o zwycięstwie. Dlatego PiS podjął ofensywę w trzecim kierunku - ku środkowi sceny politycznej, matecznikowi Platformy.
Mistrz wpadekKandydat PO Bronisław Komorowski zalicza jedną gafę za drugą. Jego strona internetowa, którą uroczyście inaugurował, nie chciała się otworzyć. Wypowiadając się o skutkach możliwego ogłoszenia stanu klęski żywiołowej, popisał się nieznajomością konstytucji. Podczas spotkania ze studentami w Rzeszowie zabłysnął poczuciem humoru godnym Andrzeja Leppera. "Dunki nie są najpiękniejszymi kobietami, a to były... kaszaloty" - mówił ze śmiechem o kobietach służących w duńskiej marynarce wojennej. Porażką było spotkanie komitetu honorowego transmitowane przez kilka stacji telewizyjnych. Ostre wystąpienia popierających Komorowskiego intelektualistów ocierające się o granicę dobrego smaku raczej odjęły, niż dodały zwolenników.
Wpadki kandydatów lub odwrotnie - znakomite występy, cięte riposty i celne puenty - to koloryt każdej kampanii wyborczej. Uwaga opinii publicznej często koncentruje się na nich, ale nie one decydują o wyniku, ale ogólna suma zalet i wad kandydata oraz przekonanie opinii publicznej, że nadaje się lub nie na stanowisko, o które się ubiega.
Wpadki Bronisława Komorowskiego są irytujące. Ich mnożenie się stawia pod znakiem zapytania profesjonalizm sztabu wyborczego, a nawet kwalifikacje polityczne marszałka. Ale nie one przesądzą o wyniku wyborów. Jeżeli nie wydarzy się coś nieoczekiwanego (w świetle całego ciągu nieoczekiwanych wydarzeń - to założenie ryzykowne), Komorowski wygra bez trudu wybory, gdyż Jarosławowi Kaczyńskiemu nie powiodła się trzecia, najważniejsza ofensywa - próba przejęcia części elektoratu umiarkowanego.
Głosy, które przeważająŚrodek sceny politycznej stanowią wyborcy, którzy mają umiarkowane poglądy, alergicznie reagują na skrajne wypowiedzi, nie lubią rewolucyjnych zmian i kampanii. Projekt IV RP i towarzyszące mu awantury wyborców tych porządnie wystraszył. Platforma, która w 2005 roku gotowa była budować razem z PiS IV RP, szybko połapała się, że znacznie więcej zyska, opowiadając się za polityką spokoju niż podziałów. W 2007 r. wygrała, przedstawiając się jako jedyny obrońca umiaru i rozsądku przed ofensywą IV RP. Wyborcy docenili spokojne i przewidywalne rządy Tuska, wybaczając mu wiele wpadek. Opowiadają się po stronie PO, w obawie, że do władzy wrócą budowniczowie IV RP.
Ten paradygmat okazał się tak mocny, że nie podważył go ani globalny kryzys gospodarczy, ani rzeczywiste lub wydumane afery, które jesienią 2009 r. doprowadziły do nerwowej rekonstrukcji rządu. Politolodzy (niektórzy otwarcie sympatyzujący z PiS) wyrażali przekonanie, że PiS nie ma szansy osiągnąć w wyborach więcej niż 30 proc. głosów, a nie posiadając zdolności do zawierania koalicji, jest skazany na wieczną opozycję. Katastrofa smoleńska stała się okazją do obalenia tego paradygmatu.
Stratedzy PiS już dawno zorientowali się, że hasło powrotu do IV RP to przepis na 25-procentowe poparcie, a więc kolejną wyborczą porażkę. Uznali, że katastrofa wszystko wyzerowała i można przystępować do kampanii, tak jakby Polska zaczęła się 11 kwietnia, jakby nie było dwóch lat rządów PiS-
Samoobrona-
LPR i trzech lat nieustannego walenia w rząd PO.
Nowy język prezesa PiS zachwyca publicystów, którzy sprzyjali mu także wówczas, gdy używał języka wojny. Ale dla przeciętnego wyborcy cudowna przemiana Kaczyńskiego nie jest wiarygodna, o czym świadczą ostatnie sondaże popularności: zatrzymały się na poziomie 30-35 proc. To znacznie więcej niż Jarosław Kaczyński (a także jego brat) mógł osiągnąć bez nadzwyczajnych wydarzeń, które zaszły w ostatnich kilku tygodniach. Ale to wciąż za mało, by odwrócić losy kampanii.
Osobiście chcę wierzyć w szczerość przemiany Jarosława Kaczyńskiego po traumie, jaką przeżył w ostatnich tygodniach. Jeśli jednak prezes PiS rzeczywiście zrezygnował z radykalnych pomysłów politycznych, pogodził się z realiami III RP, polubił rynek i pluralizm poglądów, to właściwie - jaki jest jego polityczny program? Czym się różni od Platformy Obywatelskiej, a nawet dawnej Unii Demokratycznej? I czy jest pewien, że jego liczni zwolennicy za nim podążają? Bo z wypowiedzi działaczy PiS i publicystów im sprzyjających wynika, że mają na Polskę zupełnie inny pomysł niż ten, który Kaczyński prezentuje w ostatnich wywiadach. Ta wątpliwość bardziej zaważy na wyniku wyborów niż kolejny lapsus marszałka Komorowskiego.