Pieniądze na zabezpieczenia przeciwpowodziowe znajdują się w tej części unijnych funduszy, która nazywa się program operacyjny "Infrastruktura i środowisko" (POIŚ). Prócz instalacji hydrotechnicznych POIŚ dofinansowuje m.in. budowę dróg, systemów kanalizacyjnych, połączeń energetycznych, oczyszczalni ścieków itp.
Na wszystko, co jest związane z ochroną przeciwpowodziową, w POIŚ zarezerwowano nieco ponad 560 mln euro (2,34 mld zł po obecnym kursie), z czego na działania budowlane (poldery, wały, zbiorniki retencyjne itp.) - równo 516 mln euro (2,2 mld zł). Pozostała kwota jest przeznaczona m.in. na monitorowanie sytuacji hydrologicznej i np. na doposażenie Państwowej Straży Pożarnej w sprzęt.
Decyzja, że na projekty hydrotechniczne będzie wydanych akurat 560 mln euro, zapadła jeszcze za rządów
PiS.
Wszystkie te pieniądze zostały już rozdzielone i są wydawane zgodnie z harmonogramem. Do końca drugiego kwartału 2010 r. faktyczne wydatki wyniosą 829 mln zł.
Teraz rząd spróbuje przekonać Brukselę, żeby zgodziła się na przesunięcie pieniędzy w ramach POIŚ, np. z projektów energetycznych (które się ślimaczą) na inwestycje przeciwpowodziowe. - Zmiany w programie operacyjnym chcemy przeprowadzić w drugiej połowie roku. W najbliższych tygodniach będziemy prosić Komisję o zgodę na przesunięcia - powiedział "Gazecie" Adam Zdziebło, wiceminister rozwoju regionalnego.
Ale oczywiście wszystkich pieniędzy, jakie są w POIŚ, na ochronę przeciwpowodziową przesunąć się nie da. - Bo przecież musimy też inwestować w rozbudowę dróg, musimy dbać o bezpieczeństwo - tłumaczy Zdziebło.
Ministerstwo Rozwoju Regionalnego odnosi się też - kolejny raz - do oskarżeń, jakie wytaczają zbliżeni do PiS publicyści, m.in. w portalu Salon24.pl. Wypominają oni rządowi Donalda Tuska, że na początku 2008 r. skreślił z tzw. rezerwowej listy projektów kluczowych (czyli tych, które miały szansę na unijną dotację bez konkursu) wiele projektów przeciwpowodziowych zgłaszanych w lecie 2007 r. przez rząd PiS.
Kłopot w tym, że te zgłaszane wówczas "projekty antypowodziowe" istniały głównie w głowach autorów. Owszem, miały własne nazwy, ale nie były w ogóle przygotowane do faktycznej realizacji - nie miały nawet podstawowej dokumentacji technicznej.
- Od samego wpisania jakiegoś projektu na kartkę nic się pożytecznego nie dzieje - tłumaczy wiceminister Zdziebło. - Nie mogliśmy utrzymywać fikcji. Skoro i tak wszystkie pieniądze, jakie dała nam UE na projekty hydrotechniczne, były już rozdzielone, po co było utrzymywać listę rezerwową zapełnioną projektami, które nie są gotowe do realizacji? - pyta.
MRR odrzuca też oskarżenie, że skreślenia z listy rezerwowej miały polityczną motywację (tj. że utrącano te projekty, które były zgłaszane np. przez województwo podkarpackie, w którym większość w samorządzie ma PiS). Dowód? Za unijne pieniądze budowane są np. wały wzdłuż rzeki Wisłoka w Mielcu (dł. 3,8 km) i w gminie Mielec (rozbudowa wału - 7,2 km). Także za unijne pieniądze regulowane jest koryto rzeki Strug, co ma pomóc zabezpieczyć przed powodzią Rzeszów. - W żadnym z tych projektów nie ma opóźnień. Tak jak harmonogramy zostały przygotowane [przez lokalne władze], tak są wykonywane. Te na Podkarpaciu też - podkreśla Zdziebło.