W stoczni koncernu Thyssen-Krupp w Kilonii stoi gotowy okręt podwodny klasy Edel 214 o napędzie konwencjonalnym, jedna z najnowocześniejszych tego typu jednostek na świecie. To "Papanikolis". Grecka marynarka wojenna zamówiła go w 2000 r. razem z trzema innymi okrętami.
Na "Papanikolisie" i jednostkach siostrzanych nie powiewa jednak grecka bandera, ponieważ Ateny zalegają z wpłatą 500 mln euro z ostatniej transzy wartego ponad 2 mld euro kontraktu.
Gdy rok temu grecka gospodarka znalazła się na równi pochyłej, w Kilonii nikt nie robił sobie złudzeń, że Grecy kiedykolwiek zapłacą za okręty. Ale o dziwo, nowy premier Jorgios Papandreu w październiku 2009 r. ogłosił, że okręty mimo wszystko weźmie. Ateny dogadały się ze stocznią i zapłacą o 200 mln euro mniej.
Tymczasem od jesieni sytuacja Greków tak się pogorszyła, że aby uratować kraj przed bankructwem, Ateny dostały od Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego 110 mld euro. Dlaczego tonąca w długach
Grecja nie skreśliła z listy wydatków okrętów wojennych?
- Dopóki Turcja będzie prowadzić agresywną politykę, będziemy potrzebować środków, by się przed nią bronić - tak na to pytanie miesiąc temu odpowiadał Philippos Petsalnikos, przewodniczący greckiego parlamentu.
- Strach przed Turcją jest elementem greckiej tożsamości. Wielu naszych polityków uważa, że kryzys kryzysem, ale armia musi być gotowa. Turcja to nadal nasz odwieczny wróg - mówi Janis Emmanouilidis, ekspert brukselskiego European Policy Center.
Stosunki z Turcją, która tak jak Grecja jest w NATO i negocjuje wejście do UE, są napięte od czasów tureckiej inwazji na
Cypr w 1974 r. Na granicy na Morzu Egejskim często dochodzi do rozmaitych incydentów. Na przykład cztery lata temu, gdy grecki mirage 2000 zderzył się z tureckim F-16, którego pilot zginął, wojna wisiała na włosku.
- Dopóki sytuacja się nie ustabilizuje, nie możemy rezygnować ze zbrojeń - twierdzą greccy wojskowi. Ateny jeszcze przed kryzysem finansowym wydawały na wojsko rekordowe w skali Unii 4 proc.
PKB (ponad trzykrotnie większa Polska wydaje o połowę mniej).
Papandreu ku wielkiemu niezadowoleniu wojskowych i ministerstwa obrony obciął armii tegoroczny
budżet o jedną czwartą, ale i tak zostało jeszcze 6 mld euro. Zresztą w porównaniu z cięciami w systemie socjalnym cięcia wojskowe są niewielkie.
Grecja kupuje nie tylko okręty. Jak podaje "Der Spiegel", pod koniec zeszłego roku do Grecji dotarła ostatnia dostawa lLeopardów II - siedem lat temu Ateny zamówiły 170 tych czołgów za 1,8 mld euro. Do spłacenia zostało im jeszcze 180 mln.
Zamówili sobie też za 2,5 mld euro sześć francusko-włoskich fregat typu FREMM. I zastanawiają się nad zakupem samolotów wielozadaniowych Eurofighter produkowanych przez niemiecko-francuski koncern EADS. Już w 2001 r. grecki rząd zamówił 60 maszyn, ale kontrakt potem anulowano. Jeden samolot kosztuje ok. 80 mln euro.
Niemcy, którzy od miesięcy łają Greków za życie ponad stan i fałszowanie statystyk finansowych, zbrojeń nie krytykują. Według "Der Spiegla" nie chodzi tylko o to, że zarabiają na dostawach sprzętu wojskowego (Niemcy to największy eksporter broni w Europie). Gdy kilka tygodni temu ważył się los pakietu pomocowego dla Aten, kanclerz Angela Merkel i francuski prezydent Nicolas Sarkozy mieli grozić Grekom, że jeśli wycofają się z zakupu niemieckich U-Bootów i francuskich fregat, to zablokują pomoc. W lutym na Greków naciskał szef niemieckiej dyplomacji Guido Westerwelle, radząc im zakup eurofighterów. Ateny zakupiły już w EADS 20 helikopterów transportowych NH 90.
- Szalone zbrojenia skończą się, gdy Grecja wreszcie ułoży sobie stosunki z Turcją - mówi Emmanouilidis. Taką nadzieję obserwatorzy mają po zeszłotygodniowej wizycie w Atenach tureckiego premiera Recipa Erdogana. Zaapelował do Greków, by obydwa kraje zmniejszyły zbrojenia i zacieśniły współpracę gospodarczą. - Turcy wysłali dobry sygnał. Papandreu go podchwycił, bo chce pojednania. Ale na nie potrzeba czasu - mówi Emmanouilidis. Grecja będzie więc się dalej zbroić.
• 20 tys. związkowców demonstrowało wczoraj w Atenach, protestując przeciwko radykalnym podwyżkom podatków i obniżkom pensji w budżetówce i emerytur. W kraju ogłoszono kolejny w ostatnich tygodniach strajk generalny. W ten sposób rząd bankrutującego kraju chce zaoszczędzić 30 mld euro, czego domaga się
Unia Europejska. „Chcecie cofnąć kraj o 150 lat” - można było przeczytać na transparentach demonstrantów.