I
Jarosław Kaczyński, i Bronisław Komorowski są przeciwnikami parytetu. Marszałek wiele razy podkreślał, że wolałby, aby kobiety wchodziły do polityki "w sposób naturalny". Tyle że od 20 lat liczba kobiet w polskiej polityce się nie zwiększyła (w Sejmie jest ich 20 proc., w Senacie 8 proc.!). Ale parytet politykom prawicy kojarzy się z pogardzanym liberalno-lewicowym instrumentem inżynierii społecznej.
Dlatego kwestia kobieca, czy szerzej równouprawnienia, raczej nie będzie mocnym akcentem tej kampanii. "To nie jest w tej chwili najważniejsza sprawa w Polsce, biorąc pod uwagę problem bezrobocia czy służby zdrowia" - powiedział wprost w "Gazecie" rzecznik sztabu Jarosława Kaczyńskiego Paweł Poncyljusz.
W tych dziedzinach sztabowi Kaczyńskiego łatwiej punktować Komorowskiego - jednego z liderów rządzącej PO.
PiS nie chce się zajmować sprawami kobiet, bo wie, że nie odróżni się tu od PO. Trudno byłoby więc ugrać na tym wyborcze punkty. Jeśli kandydat PiS w ogóle odniesie się do kwestii kobiet, to - jak deklaruje Poncyljusz - tylko "w aspekcie rodziny, bo rodzina jest dla PiS najważniejsza".
A co z kobietami, które nie mają mężów i dzieci? Czy są niepełnowartościowe? Politycy PiS chyba zapomnieli, że też płacą podatki i mają prawo głosu.
Na razie kobiety w kampanii Komorowskiego i Kaczyńskiego są ozdobą. Ale siedzą cicho w sprawach, którymi zawsze się zajmowały. Szefowa sztabu kandydata PiS
Joanna Kluzik-Rostkowska, która jeszcze kilka tygodni temu punktowała marszałka za przetrzymywanie w zamrażarce ustaw o mikrożłobkach i rodzinach zastępczych, dziś milczy. O sprawie in vitro nie mówi też rzeczniczka sztabu Komorowskiego Małgorzata Kidawa-Błońska.
Sam marszałek, gdy miał okazję odnieść się do problemów kobiet (na spotkaniu z parlamentarzystkami PO, które poparły go w prawyborach), wyrecytował fraszkę z seksualnym podtekstem. A Jarosław Kaczyński próbuje puszczać oko do feministek, bo w kampanii nagle przestał całować kobiety w rękę. Ale to tylko pusty gest.