Już nie po raz pierwszy malutki Katar - jako jedyne z bogatych królestw Zatoki Perskiej - wyciąga rękę do Izraela. W 1995 r. wysłał ministra na pogrzeb premiera Icchaka Rabina zastrzelonego przez żydowskiego radykała. Rok później de facto uznał
Izrael - choć formalnie tego nie przyznaje - otwierając izraelskie przedstawicielstwo handlowe w Dausze.
Dwa lata temu Katarczycy zaprosili ówczesną szefową
MSZ Izraela Cipi Liwni na forum o demokracji i wolnym handlu. Protestowała Arabia Saudyjska, a oburzone
Syria i Iran postanowiły zbojkotować imprezę. Ale gospodarze się nie ugięli - Liwni przyleciała i była przyjmowana życzliwie.
Kilka dni późnej później emir Hamid ibn-Chalifa as Sani zaprosił przywódcę rządzącego w Strefie Gazy Hamasu Chaleda Meszala, jednego z największych wrogów Izraela. Takie wolty stały się znakiem firmowym katarskiego władcy, który stara się utrzymywać dobre relacje ze wszystkimi, co na Bliskim Wschodzie jest szczególnie karkołomne.
Przyjaźni się więc z Iranem, co nie podoba się Arabii Saudyjskiej i
USA; z Izraelem, co nie podoba się jego własnym poddanym, Iranowi i Saudyjczykom; wreszcie z Hamasem, co nie podoba się Izraelowi. Ale przede wszystkim emir Hamid przyjaźni się z Ameryką, która ma w Katarze swoją bazę. To najlepsza gwarancja bezpieczeństwa bajecznie bogatych Katarczyków, których średni dochód roczny na głowę przekracza 100 tys. dol (ponad pięć razy więcej niż w Polsce).
W tym lawirowaniu katarski władca wykazuje dużą zręczność. Zwykle nie toleruje np. ulicznych protestów w Dausze, ale zezwala na demonstracje antyizraelskie. W ten sposób pokazuje Waszyngtonowi, że jest oddanym sojusznikiem, który wyciąga rękę do Izraela wbrew swoim poddanym.
Dopiero w styczniu zeszłego roku, kiedy armia izraelska wkroczyła do Strefy Gazy, by ukarać bojowników Hamasu za odpalanie rakiet na tereny przygraniczne, i w wojnie zginęło około 1,2 tys. Palestyńczyków, sympatia emira Hamida dla Izraela się wyczerpała. Izraelscy dyplomaci zostali poinformowani, że mają tydzień na opuszczenie placówki w Dausze. Stosunki zostały zerwane, choć izraelscy turyści i biznesmeni nadal są wpuszczani do Kataru.
Już jesienią ubiegłego roku pojawiały się przecieki, że prezydent USA
Barack Obama poprosił emira Hamida o rozważenie, czy zerwanie stosunków z Izraelem było roztropne. Obama naciskał wtedy rząd w Jerozolimie, by ten zgodził się na rozmowy pokojowe z Palestyńczykami, ale jednocześnie chciał, by świat arabski wykonał jakiś pozytywny gest względem Izraela.
I oto, jak donosi wczorajsza gazeta "Haarec", w ostatnich miesiącach Katarczycy dwukrotnie zaproponowali Izraelowi wznowienie stosunków. Emir Hamid chciał w zamian zezwolenia na odbudowę wojennych zniszczeń w Gazie. Katarczycy jeszcze w czasie wojny zadeklarowali, że przekazują na ten cel 200 mln dol. Za zgodą Izraela odnowili szpital w Gazie, ale odbudowy na dużą skalę nie było. Rząd w Jerozolimie nie zgodził się na wwiezienie dużej ilości materiałów budowlanych do Gazy, twierdząc, że Hamas wykorzysta je do budowy bunkrów i umocnień.
Jak twierdzi "Haarec", katarska oferta przyjaźni podzieliła izraelski rząd. Początkowo premier Benjamin Netanjahu chciał się zgodzić, potem jednak przeważyli jastrzębie argumentujący, że Katar utrzymuje relacje z Iranem i Hamasem, dlatego "nie ma powodu, by go nagradzać".
- Poza tym chcieli wwzieźć do Gazy za dużo cementu, co jest niezgodne z naszymi interesami i zagrażałoby bezpieczeństwu naszych obywateli - wyjaśnił "Haarecowi" członek izraelskiego rządu.