41 procent - to niecała połowa z tych, którzy w sondażach deklarują katolicyzm. Na zaprezentowane wczoraj wyniki liczenia wiernych w kościołach z 2009 r. (tzw. dominicantes) czekano w napięciu. Frekwencja w 2008 r. była kiepska - 40,4 proc, czyli 4 punkty procentowe mniej niż w roku poprzednim. Niektórzy tłumaczyli to złą pogodą, dlatego teraz ludzi w kościołach policzono pod koniec listopada zamiast w październiku. Wyszło 41, 5 proc., czyli trochę więcej niż ostatnio.
Jednak ks. prof. Witold Zdaniewicz, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego przyznaje: - Z danych wynika, że tendencja spadkowa utrzymuje się.
Liczba osób biorących udział w niedzielnej mszy - na przestrzeni ostatnich 10 lat systematycznie spada. Gdy porównamy najnowszy wynik z rokiem 2000, okazuje się, że spadek jest sześciopunktowy. Z kolei w 1990 r. do kościoła chodziło aż 50 proc. katolików.
Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny "Więzi" komentuje: - Tragedii nie ma, ale jest wyraźny problem. Gdy frekwencja w kościołach zmienia się o 5 proc. to dużo mówi o zmianach religijności w Polsce. Nie mamy do czynienia z jednorazowym spadkiem, tylko nową tendencją.
Skąd ten spadek? Zdaniem Nosowskiego to skutek przemian kulturowych. - To czym chodzenie do kościoła zmienia się. Kiedyś bywało wyrazem tożsamości narodowej, protestu przeciwko komunizmowi. Z kolei dziś, w świecie, który daje tak dużo możliwości wyboru, chodzenie do kościoła dlatego, że "tak wypada" staje się przeszłością.
Czy winny jest też
Kościół? - Autorytet Kościoła jest stabilny, nie wpływają na to żadne skandale. Byłem wśród tych, którzy po sprawie abp Wielgusa twierdzili, że autorytet Kościoła gwałtownie spadnie ale nic takiego się nie stało. To pokazuje, że identyfikacja z Kościołem jest głębsza, nie tylko oparta na rytuale, obrzędowości - przekonuje Nosowski w rozmowie z "Gazetą".
Prof. Krzysztof Koseła, socjolog: - Społeczeństwo się zmienia. Ludzie są coraz bardziej wygodni, mniej skłonni do wypełniania zobowiązań, które nakłada na nich wspólnota religijna.
Chociaż według komentatorów postawa księży jest ważna. - Od księdza dużo zależy. Jeśli jest przyjazny, komunikatywny, zachęca ludzi do przyjścia do parafii - twierdzi ks. Zdaniewicz.
Podobnie uważa Nosowski. - Przykład dwóch parafii w Otwocku, z których jedna miała kilkanaście proc. frekwencji a druga pięćdziesiąt świadczy o jakości pracy duszpasterskiej. Ludzie wolą pójść do kościoła, w którym wiedzą, że spotkają się z duszpasterstwem na wyższym poziomie.
Wskaźnik dominicantes liczy się spośród zobowiązanych do tego ludzi przynależących do parafii (ISKK nie wlicza dzieci do lat siedmiu i osób, które nie mogą wychodzić z domu, np. obłożnie chorych). Najbardziej religijna tradycyjnie okazała się diecezja tarnowska - prawie 71 proc. dominicantes, a najmniej łódzka: 28, 7.
Nie najlepiej jest też w archidiecezji warszawskiej- do kościoła w dniu wielkiego liczenia poszło niecałe 32 proc. katolików. W dodatku w stolicy - a także w diecezji katowickiej - odnotowano największe załamanie w stosunku do roku 2006 - prawie o dziesięć punktów procentowych.
- Patrząc na wyniki w Warszawie można przypuszczać, że w Polsce zaczęła się tendencja odchodzenia od praktyk religijnych wśród ludzi, gdzie jest najwyższy odsetek ludzi z wyższych wykształceniem - komentuje prof. Koseła.
Rośnie za to liczba ludzi przestępujących do komunii. W 2009 r. było ich wśród 16, 7. To o sześć punktów procentowych więcej niż w roku 1990 i ponad dwa razy więcej niż 30 lat temu.
- Ci, którzy przychodzą do kościoła coraz poważniej traktują swoją wiarę. Moim zdaniem to jeden z długofalowych skutków reform Soboru Watykańskiego II, zrozumienia, że bycie na mszy polega nie tylko na spełnieniu obowiązku - mówi Nosowski.
W porównaniu z krajami Europy Zachodniej, np. z Niemcami ciągle jeszcze Polska katolicyzmem stoi. Niemieccy dominicantes to w 2006 r. raptem 14 proc. Dwadzieścia lat temu do kościoła chodziło tam tylu katolików co w Polsce dzisiaj.