Marek Krajewski przeniósł się z dawnego Wrocławia do dawnego Lwowa. Przy okazji zmienił bohatera. Komisarza Eberharda Mocka z Breslau zastąpił komisarzem Edwardem Popielskim. Ci panowie spotkali się w poprzedniej książce Krajewskiego - "Głowie Minotaura". Na kartach nowej pozostał sam Popielski.
Jest wiosna 1939 r. We Lwowie ktoś zabija małego Henia Pytkę. Zadaje mu mnóstwo ran kłutych, wcześniej wypuściwszy z niego krew. Policja ukrywa szczegóły, bojąc się, że opinia publiczna uzna, że to rytualny mord żydowski i że dojdzie do pogromu. Popielski musi szybko znaleźć mordercę, tyle że - choć sam ma wnuka w podobnym wieku co Henio, więc powinien bać się o kolejne ofiary - upiera się, żeby akurat teraz odejść z policji. Marzy o emeryturze (by "wieczorami czytywać poetów starożytnych lub rozwiązywać zadania z algebry liniowej").
Zgłębiając "Erynie", miałem poczucie bezustannego déja vu. Powraca to, co sprawdziło się w poprzednich kryminałach Krajewskiego. Łysy Popielski ma wiele cech Mocka. Jest elegantem ("Beżowy garnitur w cienkie niebieskie prążki pasował idealnie do krawata [brązowego w białe grochy] i do koszuli z odpinanym, lśniąco białym ceratowym kołnierzykiem"). Jest smakoszem ("Wypił pół stopki, nabił serdelek na widelec i rozgryzł z lekkim chrzęstem jego skórkę. Do żołądka spłynął przyjemnie piekący płyn, a zaraz po nim aromatyczny sos serdelka"). I jest erotomanem ("Uwielbiał szczupłe kobiety o wąskich biodrach i dużych piersiach"). Co do erotyki, to Krajewski znów daje upust swej skłonności do seksu o zabarwieniu chorobliwie perwersyjnym. Pewien karzeł z cyrkowego gabinetu osobliwości tak oto jest tu przedstawiony: "Dolną część jego garderoby stanowiły spodnie o trzech nogawkach. Dwie opinały krótkie nogi, trzecia zaś, wypełniona do końca, zwisała pomiędzy nogami na wysokości kolan. - Domyślasz się, co on ma w trzeciej nogawce?". To pyta oczywiście Popielski.
Termin "chorobliwy" odnosi się też zresztą do niego, gdyż policjant jest epileptykiem ("Epileptyczny impuls, jaki wytwarzało słońce iskrzące się na wodzie lub przebijające przez poruszane wiatrem gałęzie, poznał jako student Uniwersytetu Wiedeńskiego"). A wiadomo wszak, że wszystko, co chorobliwe i dekadenckie (książka dzieje się tuż przed wybuchem wojny), świetnie sprawdza się w tego typu literaturze.
Krajewski, filolog klasyczny, nie byłby sobą, gdyby nie umieścił tu paru kawałków o nieprzemijającej urodzie łaciny („Czyli sublata to participium perfecti od jakiegoś czasownika, który znaczy »odjąć «. Ale od jakiego, do diabła?” - zastanawia się tu pewien student). Do głosu dochodzi też inna cecha pisarza: solidność. Lwów opisuje tak, jakby cały czas miał pod ręką ilustrowany plan tego miasta. No i starannie oddaje specyfikę lwowskiej polszczyzny („Kiedy pulicaj Popielski ma grzywki na czoli? Kiedy na głów siądzi mu jakaś dziunia”), nie zważając przy tym jednak, że w zestawieniu z barokową narracją („Nikt z lwowskich uliczników i robotników nie podziwiał różanopalcej Eos, która rzeźbiła trójkątne dachy szpitala Sióstr Miłosierdzia”) brzmi ona chwilami idiotycznie.
Czy podobieństwo "Erynii" do poprzednich dzieł Krajewskiego nie nuży? Może trochę, ale czyż najbardziej nie lubimy piosenek, które już znamy? I jeszcze jedno. "Erynie" mają ramę współczesną, z Wrocławia roku 2008. Występuje w niej skacowana kelnerka Patrycja Wójciak. Coś mi mówi, że pojawi się i w następnej książce Krajewskiego. Tak jak komisarz Popielski.
Źródło: Duży Format