Braci Quay, słynnych twórców filmów animowanych, spotykam przy okazji niedawnej londyńskiej premiery ich filmu "Maska" na podstawie noweli Stanisława Lema. Zrealizowali go w swojej typowej konwencji - lalkowego baletu - doskonale pasującej do utworu Lema o machinie do zabijania pod postacią pięknej kobiety (z głosem Magdaleny Cieleckiej) uwodzącej pewnego dysydenta, którego chciał zgładzić tyran w świecie "robociego średniowiecza" z "Bajek robotów".
Urodzeni w 1947 roku bracia Quay uważani są dziś za światowych mistrzów w tradycyjnej animacji poklatkowej - strugają drewniane lalki i klatka po klatce nadają im taneczne ruchy przed kamerą. Czasem kręcą też filmy z żywymi aktorami ("Instytut Benjamenta", 1995), ale tym aktorom też każą się zachowywać jak lalkom.
Wiedziałem, że "Ulica Krokodyli" (1986) na podstawie prozy Brunona Schulza to jeden z ich najsławniejszych filmów. Jednak nawet mnie zaskoczyło, jak bardzo bracia Quay kochają Polskę.
Filmowcy zgodzili się spotkać w swojej ulubionej francuskiej knajpie w londyńskim Soho, położonej niedaleko Instytutu Kultury Polskiej na Poland Street. Są tam - jako ludzie rozmiłowani w naszej kulturze - stałymi bywalcami.
Bracia Quay wyglądają niemal identycznie, choć na zdjęciach Timothy swoje długie, już siwe włosy stara się uporządkować, spinając je w kucyk, Stephen zaś kontynuuje tradycję wiecznie młodego długowłosego kontestatora.
Jednak kiedy spisuję z nagrania rozmowę, wszelka różnica znika. Pozostaje wrażenie, jakbym rozmawiał z jedną dwugłową istotą, niczym smok z jakiegoś fantastycznego filmu animowanego. Dlatego szybko poddałem się i przestałem próbować odróżniać wypowiedzi Timothy'ego od Stephena. Uzyskałem zresztą na to ich zgodę.
Wojciech Orliński: Jeśli można, to chętnie. Nawet mi powiedziano, że podstawą do zrozumienia waszej sztuki jest uświadomienie sobie, że żywicie się głównie winem i serem.
- Nie, to przesada...
- To dotyczy właściwie tylko lunchu.
- Lunch jemy w studiu, więc nie ma czasu na jakąś celebrację.
- Wino i ser to po prostu coś, co zawsze jest pod ręką.
- Mamy tego pełną lodówkę.
Częstujecie mnie teraz winem francuskim...
- To przypadek. Pijemy różne, nie mamy jakiegoś ulubionego.