Według informacji "Gazety" piąty głos - osoby spoza załogi, która przed lądowaniem weszła do kabiny - najprawdopodobniej należy do dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazany z
MSZ. - Urzędnik pyta załogę: czy wszystko przebiega zgodnie z planem i czy trzeba się liczyć ze spóźnieniem? - relacjonuje nasze źródło w
MSWiA.
Ta piąta osoba prawdopodobnie została w kabinie już do końca. Potwierdza to Nikołaj Łosiew, emerytowany pilot wojskowy, właściciel pobliskiej działki, który był na miejscu w 20 minut po katastrofie. Jak powiedział Polskiemu Radiu, w rozbitej kabinie widział oprócz członków załogi przypiętych pasami do foteli ciało jeszcze jednej osoby.
Źródła rządowe oficjalnie odmawiają potwierdzenia nazwiska Kazany, ale nie zaprzeczają, że to m.in. pracownik MSZ poleci do Moskwy identyfikować piąty głos.
W Moskwie minister Miller, przewodniczący polskiej komisji badającej smoleński wypadek, wyjaśnił, że "potwierdzić rozpoznanie autora pewnej wypowiedzi" w kabinie pilotów ma osoba, która specjalnie w tym celu przyleci z Polski do Rosji. Zakończenie identyfikacji głosów nagranych przez rejestratory pokładowe tuż przed katastrofą będzie oznaczało koniec rozszyfrowywania czarnych skrzynek prezydenckiego Tu-154, który 10 kwietnia rozbił się przy podchodzeniu do lądowania na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku. Rozpocznie się nowa faza - analiza zgromadzonych dowodów, która ma dać odpowiedź na pytanie, co było przyczyną tragedii.
W czwartek Miller spotkał się z szefową Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) Tatianą Anodiną. Zdaniem ministra Millera badanie wypadku przez MAK przy stałym udziale specjalistów polskich prowadzone jest w znakomitym tempie. W czasie konferencji prasowej minister bardzo chwalił współpracę z Rosjanami i zapewnił, że ich reakcje na prośby i wnioski ze strony polskiej są "uprzedzająco ciepłe".
Gdy MAK zakończy rozszyfrowywanie czarnych skrzynek, przekaże zapisy rejestratorów prokuraturze rosyjskiej, a ta z kolei prześle je Polakom. Informował o tym wczoraj prokurator generalny Andrzej Seremet, również obecny w Moskwie. Wczoraj spotkał się ze swoim rosyjskim odpowiednikiem - prokuratorem Jurijem Czajką.
Seremet dodał, że Rosjanie przekazali już Polakom część materiałów ze śledztwa w sprawie katastrofy samolotu prezydenckiego. A dziś - jak to określił Czajka - "opracowują" kolejnych 500 stron dokumentów, które mają wkrótce trafić do Polski.
Polakom, wyliczał Seremet, najbardziej zależy właśnie na zapisach czarnych skrzynek oraz protokołach oględzin miejsca katastrofy, dokumentach z sekcji zwłok ofiar, protokołach przesłuchań świadków i dokumentacji dotyczącej pracy kontrolerów lotów na lotnisku w Smoleńsku.
Polski prokurator generalny zapowiedział też, że Rosjanie zapewnią należytą ochronę miejsca katastrofy prezydenckiego samolotu. To reakcja na doniesienia mediów, że w miejscu, gdzie rozbił się Tu-154, wciąż odnajdywane są fragmenty maszyny i osobiste rzeczy ofiar. Milicja postawiła tam już posterunek całodobowy. Rosjanie zgodzili się też na wniosek Polaków, by miejsce, gdzie spadł samolot, przebadali archeolodzy.
Tymczasem w Smoleńsku trwa handel autentycznymi lub fałszywymi "pamiątkami" po katastrofie. - Byłem we wtorek na lotnisku. Podszedł do mnie człowiek z plastikowym workiem, w którym miał rękaw od marynarki i jakieś metalowe części. Zapewniał, że zebrał to po wypadku Tu-154. Proponował, że sprzeda - opowiedział "Gazecie" Polak, który na początku tygodnia odwiedził Smoleńsk. Szefowa MAK Tatiana Anodina na spotkaniu z ministrem Millerem mówiła o tym, co dzieje się w miejscu katastrofy, a proceder zarabiania na odnalezionych tam przedmiotach nazwała "świętokradztwem".