- Ludzie palą się tam żywcem! - krzyczał do krótkofalówki strażak usiłujący przedrzeć się pod płonącą siedzibę Marfin Banku w Atenach. Zadymiarze obrzucili gmach koktajlami Mołotowa. Kilkudziesięciu pracowników banku skakało z balkonów, bo wejście zabarykadowano. Gdy troje z nich uciekało na górę przed płomieniami, zawaliły się pod nimi schody. Strażacy patrzyli na ten dramat w bezsilnej złości. Gdy próbowali ruszyć na ratunek, demonstranci obrzucali ich kamieniami i płytami chodnikowymi.
W ogniu stanęło kilka innych budynków. Policja ledwie obroniła przed demonstrantami siedzibę parlamentu. Uliczna bitwa trwała kilka godzin.
Rano nikt się nie spodziewał, że sprawy przybiorą tak fatalny obrót. W całym kraju ogłoszono jednodniowy strajk generalny, w centrum Aten zebrało się 100 tys. związkowców, głównie pracowników budżetówki. To oni najboleśniej odczują skutki ogłoszonych przez rząd Jeorjosa Papandreu drastycznych cięć pensji i podwyżek podatków. Dzięki temu budżet zaoszczędzi 30 mld euro.
Pod tym warunkiem UE i Międzynarodowy Fundusz Walutowy zgodziły się pożyczyć Grecji 110 mld euro, bez których zadłużony kraj zbankrutuje. To efekt beztroski kolejnych greckich rządów, które fałszowały statystyki finansowe.
- 70 proc. społeczeństwa chce, by długi spłacali skorumpowani politycy, którzy ich narobili, a nie zwykli ludzie. Ale rząd obcina pensje nauczycielom, a gdy wychodzą na ulice, wysyła policję - mówi dr Stratos Georgoulas, socjolog z uniwersytetu w Atenach. Z powodu desperacji ludzi spodziewa się nawet rewolty.
- To byłoby zbiorowe samobójstwo. Rządowy plan oszczędności ma sens. Ale sami Grecy nie mogą podkładać mu nogi ani oddawać głosu lewackim zadymiarzom, którzy prowokują burdy - przestrzega Joachim Fritz-Vannahme, ekspert niemieckiej Fundacji Bertelsmanna. - Grecję musi mocno wesprzeć Europa - dodaje.
Wczoraj zrobiła to wreszcie niemiecka kanclerz
Angela Merkel, choć wcześniej blokowała pomoc dla Aten. - Musimy ratować wspólną walutę euro. Chodzi o przyszłość Europy - mówiła w Bundestagu.
Grecja ciągnie w dół całą Unię. Indeksy giełd w Paryżu, Londynie i Frankfurcie w dwa dni straciły po 4-5 proc. Wczoraj euro spadło do najniższego poziomu wobec dolara od ponad roku.
Grecki kryzys nie omija Polski. Złoty taniał, za dolara płacono chwilami nawet 3,20 zł, za euro - 4,10 zł.
Ministerstwo Finansów musiało podnieść oprocentowanie polskich obligacji skarbowych, bo inwestorzy każą sobie więcej płacić za ryzyko inwestowania w Europie.
Premier Papandreu nie zamierza rezygnować z reform pod presją ulicy. - To, co zrobili niektórzy demonstranci, to morderstwo. Zrobię wszystko, by ukarać winnych - powiedział wczoraj w parlamencie.