Teraz w promocję Dody zaangażował się wymiar sprawiedliwości, a z nim pieniądze podatników. Sąd skarcił prokuraturę, która odmówiła b. działaczowi Samoobrony, znanemu tropicielowi sekt Robertowi Nowakowi wszczęcia przeciw Dodzie postępowania o znieważenie przedmiotu czci religijnej (w postaci Biblii). Sąd kazał wszcząć postępowanie i zasięgnąć opinii biegłych. Biegli bibliści i językoznawcy - jak należało przypuszczać - stwierdzili, że mówienie o świętej księdze Żydów i chrześcijan jako o tworze nietrzeźwych "gości" jest znieważeniem przedmiotu kultu. Skoro tak - uznała prokuratura - to wyjścia nie ma. I oskarżyła Dodę o obrazę uczuć religijnych (kara od grzywny przez prace społeczne do 2 lat więzienia).
I oto gaworząca do kolorowych pism Doda staje w glorii męczennicy przed sądem. Staje się symbolem odwagi i nonkonformizmu.
Wielka Brytania ma Dawkinsa z jego "Bogiem urojonym", Włosi mają małżeństwo Lautsi z ich walką przed Trybunałem w Strasburgu o świeckość państwowych szkół, a my mamy Dodę. Doda zaś ma reklamę za darmo i nowych fanów. Co zapewne bardziej ją kręci, niż rola symbolu walki o prawa niewierzących.
Pytanie, czy koniecznie musi to mieć za pieniądze podatników?
To prawda, że obraza uczuć religijnych jest przestępstwem ściganym z urzędu. Tak jest w większości krajów zachodniej cywilizacji, do której należymy, co wynika z wielowiekowej tradycji. Czy tak powinno być nadal, czy też należałoby to raczej zostawić prawu cywilnemu - to inna sprawa. I nie jest rzeczą prokuratorów to rozważać.
Prawdą jest też to, że wypowiedź Dody "wypełniła znamiona czynu" - czyli była znieważająca dla przedmiotu czci religijnej, jakim jest dla chrześcijan i żydów Biblia. Jest nim bezdyskusyjnie, w przeciwieństwie np. do papieża, którego obrazy nie da się ścigać z tego przepisu (swego czasu w stosunku do wyjątkowo niesmacznej publikacji tygodnika "Nie" wykorzystano przepis o obrazie "głowy obcego państwa" - Watykanu).
Ale po to, żeby zaistniało przestępstwo trzeba jeszcze wykazać, że konkretny czyn popełniony w konkretnych warunkach był szkodliwy społecznie w stopniu większym, niż nieznaczny. Inaczej czyn po prostu nie jest przestępstwem.
Mogę zrozumieć, że Ryszard Nowak, twórca Komitetu Obrony przed Sektami i sprawca oskarżenia Dody uznał, że jej gaworzenie na temat Biblii może zachęcić społeczeństwo np. do przechodzenia na satanizm i dlatego jest groźne. Ale w czym prokuratura doszukała się szkodliwości społecznej wypowiedzi osoby, która znana jest z tego, że robi i mówi cokolwiek, byle zaistnieć? Na czym prokuratura opiera przekonanie, że taka osoba może wpłynąć na społeczną percepcję Biblii? Albo że osób podobnie wrażliwych na jej opinie na temat religii jak Robert Nowak jest więcej? Rozumiem, że szeroki oddźwięk w pewnych kręgach miałaby wypowiedź Dody na temat obowiązującego trendu w stringach, ewentualnie najmodniejszego odcieniu blond (których to spraw na szczęście kodeks karny nie reguluje). Ale czynienie jej osobą opiniotwórczą w kwestiach biblijnych - to już daleko idąca przesada.
Jeśli sąd nie zwróci prokuraturze tego aktu oskarżenia do uzupełnienia - np. właśnie o argumentację na temat społecznej szkodliwości czynu - to będziemy mieli do czynienia z sytuacją, że to wymiar sprawiedliwości zapewni czynowi Dody obok marketingowych, także skutki społeczne: ludzie pomyślą, że trzeba ją traktować poważnie.
P. S. Jeśli już Doda ma być opiniotwórczym autorytetem, to może warto przytoczyć inny fragment wywiadu, w którym znieważyła Biblię: "Jeżeli chodzi o Biblię, to są tam super, zajebiste przykazania, jakieś historie, które budują w dzieciach system wartości, chęć bycia dobrym człowiekiem."
Może sąd potraktuje to jako okoliczność łagodzącą?