"Cała droga polityczna Jarosława Kaczyńskiego to walka z odrzuceniem i staraniami o wyeliminowanie go z grona ludzi upoważnionych do wpływania na Polskę. Przypomina Kaczyński Wokulskiego uparcie usiłującego wydobyć się, wśród rechotu i szyderstw, z piwnicy, do której został wrzucony" - uważa z kolei Rafał Ziemkiewicz, publicysta "Rzeczpospolitej".
Te opinie są zastanawiające. Oto dwóch publicystów kreuje Jarosława Kaczyńskiego i jego formację jako swego rodzaju ofiarę. Są poszkodowani, niedocenieni, sekowani.
Dlaczego
PiS przed katastrofą miałoby być słabsze w porównaniu z PO? Pieniądze? Partie są finansowane z budżetu. Spory kawałek tortu od lat przypada PiS. A akurat Platforma przez dłuższy czas była pozbawiona subwencji, bo nie miała statusu partii politycznej. Dostawała tylko refundację za kampanię wyborczą. Po resztę wyciągała rękę do swoich zwolenników, co jest bardziej czasochłonne niż pobranie gotówki z państwowej kasy
Jakieś tajemnicze siły prześladują Jarosława Kaczyńskiego od 20 lat. A kto prześladuje? Chyba głównie wyborcy, bo bardzo często odmawiali partii Kaczyńskiego poparcia. A kiedy w 2005 roku ludzie dali mu kredyt zaufania, to PiS po dwóch latach stracił władzę na własne życzenie. Chciał pozbyć się koalicjantów i zdecydował się na wcześniejsze wybory.
To oni - wyborcy - są temu winni, bo wystarszeni wizją IV RP tłumnie poszli do urn. Winny jest oczywiście salon, który nastroje wyborców kształtował. Tak rozumiem diagnozę Ziemkiewicza.
To zdumiewające jak środowisko PC i PiS skutecznie przekonało część obserwatorów sceny politycznej, że ich porażkom nie ono jest winne, lecz te niedobre tajemne siły. Gdyby taką opinię sformułowano pod adresem jakiegoś polityka zachodniego, wszyscy umieraliby ze śmiechu. Tam reguły są proste: jeśli polityk przegrywa wybory, to jest to jego wina i odpowiedzialność. Przeważnie kończy swoją karierę, choć nie zawsze. Nikt jednak nie kreuje go na ofiarę.
Ugrupowanie Tadeusza Mazowieckiego odeszło w niebyt.
Bronisław Geremek przestał odgrywać pierwszoplanową rolę w polskiej polityce w czasie, gdy był u szczytu swoich możliwości. Marian Krzaklewski pozostał na marginesie.
Lech Wałęsa - mimo licznych prób - nie zdołał powrócić do pierwszej ligi. Nad ich losem publicyści nie płaczą. Bo taki był werdykt wyborców. I możemy żałować, że ten czy ów polityk został przez Polaków odrzucony, ale trzeba ten fakt uszanować, a nie tworzyć teorie ofiarne.