Lista podpisów, jakie znalazły się pod apelem do Parlamentu Europejskiego, jest imponująca. Są tu czołowi europejscy intelektualiści, jak francuscy filozofowie Bernard-Henri Lévy i Alain Finkielkraut, dotychczas uznawani za wielkich obrońców Izraela. Jest też szef Zielonych w Parlamencie Europejskim Daniel Cohn-Bendit, a także wielu innych eurodeputowanych pochodzenia żydowskiego.
W sumie pod petycją nazwaną "Wezwaniem do rozsądku" podpisało się ponad 3 tys. osób, m.in. z Francji, Belgii, ze Szwajcarii i z Włoch.
"Jesteśmy obywatelami państw europejskich, Żydami, którzy aktywnie uczestniczą w życiu swoich ojczyzn, przy jednoczesnym zachowaniu związków z Izraelem jako części naszej tożsamości. Niepokoimy się o przyszłość Izraela, bo poza zagrożeniami z zewnątrz widzimy dla niego jeszcze inne zagrożenie - dalszą okupację i rozbudowę żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu i w arabskich częściach Jerozolimy. Takie działanie jest złe, zarówno politycznie, jak i moralnie, bo pogłębia tylko postępujący ostatnio proces delegitymizacji Izraela w świecie" - napisali autorzy petycji ogłoszonej w poniedziałek w Brukseli.
Podkreślili jednocześnie konieczność utworzenia niepodległego państwa palestyńskiego. Autorzy listu wzywają Unię Europejską i Waszyngton do zwiększenia nacisku na obie strony konfliktu, by doprowadzić do jego zakończenia. "Systematyczne popieranie polityki Izraela jest niebezpieczne" - przekonują.
Jednocześnie autorzy założyli ogólnoeuropejski ruch o nazwie J Call, którego nazwa wzorowana jest na J Street - nazwie działającej w
USA żydowskiej organizacji lobbystycznej, która wzywa rząd Izraela do większych ustępstw wobec Palestyńczyków. Działalność J Call ma "wyrażać przywiązanie do Państwa Izraela i jednocześnie krytykę decyzji jego obecnego rządu".
Apel wywołał wielką dyskusję w Izraelu, krytykuje go także wielu europejskich Żydów. "To poważny błąd, który może zostać wykorzystany przez wrogów Izraela" - ostrzega w dzienniku "Le Figaro" Richard Prasquier, szef stowarzyszenia organizacji żydowskich we Francji. "Izraelczycy naprawdę nie potrzebują diaspory, żeby określać granice kraju, którego bronią ich synowie i córki, czy żeby podejmować ważne dla nich decyzje" - przekonuje Prasquier.
Inicjatywę chwali za to m.in. izraelski publicysta Yossi Sarid. "Wszyscy wiemy, że autorzy apelu to ludzie, którzy przy każdej okazji publicznie bronią Izraela i na pewno są mu wierni - przekonuje w dzienniku "Haarec". - Ale wygląda na to, że nawet ich cierpliwość jest na wyczerpaniu, a ich serca przepełnia coraz większy niepokój".