"Premier - oświadczył w czwartek rzecznik greckiego
MSZ - ma w ręku przyszłość swego kraju. Może go otworzyć na Europę, ale może też zatrzasnąć drzwi".
Rzecznik nie wymienił nazwy kraju, którego premier ma tę szansę, bo ta nazwa to dla Grecji niemal casus belli. Od 15 lat Ateny wetują przystąpienie Macedonii do NATO i UE i przez kilka lat stosowały wobec niej blokadą ekonomiczną. Wszystko dlatego, że nie zgadzają się, by
Macedonia nazywała się Macedonia.
Według Aten implikuje to zakusy terytorialne pod adresem Grecji, która ma prowincję o nazwie Macedonia. Sprzeciw Grecji sprawia, że na arenie międzynarodowej państwo Macedonia występuje pod nazwą FYROM będącą skrótem angielskiej nazwy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii.
Ateny sugerują, że Macedonia mogłaby się na przykład nazywać "Republika Skopje"od nazwy stolicy. Presja potężnego jak na warunki bałkańskie sąsiada, sprawiła, że Macedonia zmieniła flagę i poprawiła konstytucję, które też się Grecji źle kojarzyły. Ale z nazwy kraju Macedończycy zrezygnować nie chcą.
Dla zagranicznych obserwatorów postawa Aten jest groteskowa i niezrozumiała, lecz Grecy zwracają uwagę, że podczas greckiej wojny domowej (1944-45 i 1946-49) greccy Macedończycy poparli komunistów, bo ci obiecywali im prawo do samostanowienia. Gdyby komuniści wygrali, historyczna
Grecja mogłaby utracić kolejną cząstkę ziem, po katastrofie, jaką było wygnanie Greków z Azji Mniejszej po przegranym przez Ateny konflikcie z Turcją w 1923 r. Grecką Macedonię udało się Atenom zachować, lecz w 1974 r. Turcja najechała na
Cypr, wypędzając Greków z północy wyspy.
Wszystko to układa się w wizję narodu greckiego osaczonego przez wrogów, który musi bić się o swe istnienie. Wrogiem okrzyknięto dziś Macedonię, ale Grecja zbroi się też przeciwko Turcji, skądinąd sojusznikowi z NATO, i nawet obecny kryzys gospodarczy nie skłonił jej do obcięcia ogromnych wydatków wojskowych. A na razie cenę płacą greccy Turcy i Macedończycy: w świetle greckiego prawa w Grecji nie ma mniejszości narodowych. Są jedynie "tureckojęzyczni" i "słowiańskojęzyczni" Grecy.
Zagrożona czuje się też Turcja, która w wyniku rozpadu imperium otomańskiego utraciła większość swych terytoriów. Zagrożeni czują się też Macedończycy, którzy w pierwszych latach po niepodległości prześladowali albańską mniejszość (w tych dniach zresztą doszło na granicy do strzelaniny z od dawna uśpioną partyzantką albańską).
Słowem, wszyscy się boją i walą, gdzie popadnie. Ale Grecja chwilowo boi się konsekwencji swego kryzysu ekonomicznego chyba bardziej niż Turcji i Macedonii razem wziętych. Stąd nieoczekiwane złagodzenie jej stanowiska. I według słów rzecznika greckiego MSZ zgadza się obecnie, by Macedonia nazywała się "Macedonia Północna".
Ta nazwa, inaczej niż sama "Macedonia", nie implikuje już jakoby żadnych roszczeń. Hmmm jeśli coś implikuje to chyba raczej podkreślanie w nazwie, że się jest częścią większej całości, ale pal sześć. Grecy od dawna wiedzą, że ich postawa jest nie do obrony i szukają tylko sposobu, by wyjść ze sporu z twarzą - w zamian za "Północną" zniosą swe weto.
Ale teraz Skopje mogłoby zażądać, by grecka Macedonia przemianowała się na Południową. Całą sprawę zaś zapewne śledzą bacznie i w nieuznawanej przez nikogo Tureckiej Republice Cypru Północnego, i w dążącym do niepodległości irackim Kurdystanie, czyli południowej części ziem kurdyjskich (północna leży w Turcji), o Korei Północnej nie wspominając. Wszędzie tam, gdzie geografia to tylko uczona nazwa najbardziej archaicznej formy polityki.