http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Historie są jak złodzieje

Michał Chaciński
2010-05-07, ostatnia aktualizacja 2010-04-30 11:19

Lubię kręcić filmy tak, jakby nigdzie na świecie nie kręcił ich nikt inny. Rozmowa z reżyserem Wernerem Herzogiem

ZOBACZ TAKŻE
W lutym był pan przewodniczącym jury na festiwalu w Berlinie. Nagrodziliście film Polańskiego. Nie obawiał się pan zarzutu, że to gest polityczny?

- Na pierwszym spotkaniu jury zapowiedziałem, że nie interesują mnie gesty polityczne, więc nie będziemy nagradzać filmu z Iranu tylko dlatego, że popieramy opozycję. Nie nagradzamy też za spójność z naszymi poglądami i nie dbamy o problemy twórców, jak w przypadku Polańskiego. Daliśmy mu nagrodę, bo najlepiej wyreżyserował film. Bo mistrzowsko rozumie medium filmu. Oczywiście pojawiło się pytanie, czy prasa nie odbierze tego jako gest pozaartystyczny. Powiedziałem, że równie dobrze, jeśli nagrody Polańskiemu nie damy, ktoś napisze, że jury ukarało reżysera. W rezultacie poczuliśmy się wolni.

W Berlinie widział pan sporo cudzych filmów, a ponoć raczej unika pan kina.

- W ciągu ostatnich 30 lat oglądałem średnio trzy, cztery filmy w roku, i to z powodu zasiadania w jakimś jury. Bywa, że nie oglądam w roku ani jednego, bo telewizor też włączam raczej rzadko.

Z wyboru czy z zapracowania?

- Kocham dobre filmy, a jednak gdyby pokazał mi pan listę dwustu najlepszych filmów w historii, okazałoby się, że widziałem może połowę. To oczywiście wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, czym jest dobry film.

Ale za mało, żeby orientować się, czy pojawiło się w kinie coś nowego i dobrego.

- W tym właśnie rzecz, że to mi niepotrzebne. Kino musiałem wynaleźć dla siebie od zera. I wynalazłem.

Wychowywałem się na głuchej prowincji. Długo nie wiedziałem, że w ogóle istnieje taki wynalazek jak kino. Pierwszy film widziałem w wieku 11 lat. Nie chciałem wiedzieć, jak to działa - chciałem od razu kręcić. Nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać, ale nauczyłem się w praktyce. Musiałem być dla siebie scenarzystą, producentem, dystrybutorem - wszystkim. I tak zostało.

To zapewne wynika w jakimś stopniu z dorastania w powojennych Niemczech. Jakkolwiek dziwnie to dziś zabrzmi, dla kilkuletnich dzieci kraj w ruinie był miejscem zachwycającym: nie było ojców, nikt nas nie pilnował, do dyspozycji były całe wyburzone miasta z milionem zakamarków. I nie chodziło o to, że dziecko nie zna innego świata, więc zburzone miasto przyjmuje za normę. Przeciwnie - sześciolatek świetnie rozumiał, że niedawno stały tu domy, a teraz są zgliszcza. W podświadomości całego pokolenia tkwiło przeświadczenie, że świat legł w gruzach i to my będziemy go teraz budować dla siebie od nowa, tworzyć nowe reguły, to my przejmiemy dla siebie świat, który porzucili inni. Może stąd u mnie ta potrzeba zupełnej samodzielności? Bo lubię kręcić filmy tak, jakby nigdzie na świecie nie kręcił ich nikt inny.

Podobne podejście mam do opery. Reżyseruję je, ale nigdy nie chodzę na cudze inscenizacje. Słucham oper z płyt.

Boi się pan inspiracji cudzymi pomysłami?

- Z operą to prosta sprawa - jako medium jest dla mnie wielkim rozczarowaniem. Kiedy słucham muzyki operowej, widzę całe światy. Tymczasem kilka inscenizacji, jakie kiedyś obejrzałem, sprowadziło cudowne utwory do banału.

Z kinem jest inaczej. Na ostatnim festiwalu w Berlinie siedziałem na jakimś spotkaniu w sali, z której widać w oddali Bramę Brandenburską. Akurat na wielkim ekranie wyświetlano na wolnym powietrzu "Metropolis" Fritza Langa. Zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałem tego filmu. Nadal zresztą nie widziałem go w całości. Rozumie pan, odrzucam pogląd, że trzeba coś obejrzeć, bo to słynne dzieło.

Nawiasem mówiąc, z tego, co widziałem, nabrałem wątpliwości, czy "Metropolis" to w ogóle dobry film. Wolałbym chyba obejrzeć "Zmęczoną śmierć" Langa, której też nie znam, ale z podpatrzonych tu i ówdzie scen wydaje mi się obiecująca.

Oczywiście mam świadomość, jak głupio brzmi takie podsumowanie po obejrzeniu paru scen z odległości kilkuset metrów przez zamknięte okno.

Jest pan rówieśnikiem pokolenia nowego kina niemieckiego z przełomu lat 60. i 70., ale odcinał się pan od tej grupy.

- Dziś nie mam z tym problemu, pod warunkiem że mówimy o pokoleniu w sensie biologicznym. Należę w końcu do pierwszej fali ludzi wychowanych zaraz po wojnie.

Natomiast niezręcznie czułem się, gdy wtłaczano mnie w jakieś pokrewieństwa duchowe. Ja wychowałem się na wsi, w szkole średniej pracowałem jako spawacz w fabryce. Inni nie przepracowali fizycznie ani dnia, ale stale fantazjowali o "podnoszeniu sprawy klasy pracującej". Niewielu z nich wówczas było w ogóle poza granicami Niemiec, ja zacząłem wyjeżdżać bardzo wcześnie. Zaraz po szkole do Afryki, bo chciałem zobaczyć wschodnie Kongo, kraj, który miał przyzwoitą infrastrukturę i nagle się rozsypał. Dzięki tej podróży lepiej zrozumiałem, co stało się w Niemczech. Później ciężko zachorowałem, co także nie było doświadczeniem innych filmowców niemieckich. Żaden z nich nie był też aresztowany przez policję narkotykową. Dla mnie oni wszyscy byli zawsze dziwni, a ja byłem normalny, choć mówiło się, że to ja jestem marginesem, a oni są normalni.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

FBI prześwietliło Jobsa

W 1991 roku administracja prezydenta George'a Busha seniora rozważała zatrudnienie Steve'a Jobsa. FBI sprawdziło wtedy dokładnie Jobsa, a teraz upubliczniło tamte informacje

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W sobotę z ''Gazetą'':

  • Wysokie Obcasy