Dla Chińczyków Expo jest tak ważne jak igrzyska olimpijskie w Pekinie w 2008 r. - Czekaliśmy na to 150 lat - mówi dumny 77-letni emeryt Wang Xinghua, nawiązując do pierwszej wystawy światowej w 1851 r. w Londynie. - Będę jeszcze szczęśliwszy, gdy ludzie z innych krajów przyjadą do nas i poczują, że
Chiny powstały z kolan.
Jednak na wystawie prezentującej dorobek kulturalny, naukowy i techniczny poszczególnych krajów pod hasłem "Lepsze miasta, lepsze życie" obcokrajowców pojawi się niewielu. Liczbę zwiedzających szacuje się na 100 mln, z czego Chińczycy będą stanowić aż 95 proc.
Trwające w sumie aż 184 dni Expo ma bowiem dostarczyć rozrywki przede wszystkim 1,3 mld Chińczyków. Przekonać ich, że pod przewodem partii komunistycznej Chiny kroczą w dobrą stronę, modernizując się i zyskując szacunek świata.
Dlatego nikt nie liczył się z kosztami. Oficjalnie Chiny wydały na organizację Expo 4 mld dol., ale jeśli doliczyć przebudowę Szanghaju, koszty rosną do 58 mld. To więcej, niż wydano na pekińskie igrzyska. Światowe media piszą nawet, że Expo to "najdroższe przyjęcie w historii".
Chiński pawilon w kształcie korony starożytnych cesarzy jest trzy razy większy od amerykańskiego. Pokaże 5 tys. lat chińskiej cywilizacji i będzie pełen cudów najnowszej techniki - takich jak animacja jednego z najsłynniejszych dzieł sztuki Chin, zwoju jedwabiu z XII w. Każda z postaci na długim na 128 m i szerokim na 6,5 m obrazie została ożywiona.
A jeśli nawet coś pójdzie nie tak, Chińczycy się o tym nie dowiedzą. Pomoże w tym cenzura, która odcięła kraj od świata, zamykając YouTube, Facebooka i tysiące opiniotwórczych blogów.
Expo ma być też wielkim triumfem samego Szanghaju, który ma stanąć w równym szeregu z Tokio, Nowym Jorkiem i Londynem. Miasto, w którym narodził się na początku XX w. chiński kapitalizm, zamówiło dla swej giełdy u włoskiego rzeźbiarza Arturo Di Modiki kopię byka z brązu - maskotki Wall Street.
Chiński byk ma ciemniejszy kolor i 1 maja stanie na Bundzie - nadrzecznym bulwarze pełnym kolonialnych zabytków. Nazywany Perłą Orientu miasto było w latach 30. zeszłego wieku finansowym centrum Azji Wschodniej. Dla naszpikowanego lasem gigantycznych drapaczy chmur Szanghaju Bund jest tym, czym wieża Eiffla dla Paryża.
- Chiński byk będzie młodszy i bardziej energiczny od amerykańskiego. No i podczas gdy byk z Wall Street patrzy w dół, nasz będzie patrzył w górę - zapewnia szanghajski urzędnik Zhou Wei. "Przynajmniej ten jeden raz Chińczycy płacą za kopiowanie" - skomentował złośliwie "Financial Times".
Świat, który niezbyt poważnie traktował ostatnie wystawy światowe (kto pamięta, gdzie odbyło się pięć ostatnich Expo?*), tłumnie zjawi się w Szanghaju. 192 kraje i globalne koncerny wydały krocie na swoje pawilony. Przyjadą, bo robią z Chinami wielkie interesy. Sam bank Barclays, jeden ze sponsorów brytyjskiej wystawy, liczy na tysiąc ważnych rozmów z chińskimi oficjelami.
Na otwarciu wystawy będą prezydent Rosji
Dmitrij Miedwiediew i szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. Do łask Pekinu chce wrócić m.in.
Francja. Już w środę do Chin przyleciał prezydent Nicolas Sarkozy z żoną Carlą Bruni. Paryż, który dwa lata temu zagroził bojkotem ceremonii otwarcia igrzysk po stłumieniu antychińskich protestów w Tybecie, próbuje teraz naprawić stosunki z Pekinem.
- Expo to XXI-wieczny odpowiednik dawnych trybutów składanych chińskim cesarzom - mówi Paul French z firmy doradczej Access Asia z siedzibą w Szanghaju. - Kiedyś przywoziliśmy im zegary mechaniczne, teraz budujemy pawilony, sponsorujemy, co się da, i wypisujemy czeki dla oficjalnych organizacji chińskich.