http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Panujmy nad emocjami

prof. Maria Flis
2010-04-30, ostatnia aktualizacja 2010-04-29 18:34

Tydzień żałoby narodowej i kolejki do trumny prezydenta to był globalny ekshibicjonizm emocjonalny. Nabrał on cech narodowego mitu założycielskiego i dał uczestnikom złudzenie tworzenia historii - mówi prof. Maria Flis, socjolog, dziekan Wydziału Filozoficznego UJ


Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Dominika Wantuch: Obserwowaliśmy pod Pałacem Prezydenckim kolejki ludzi z całej Polski, którzy przyjechali, by zobaczyć trumny pary prezydenckiej. Niektórzy stali tam nawet 17 godzin.

Maria Flis: To, co działo się po katastrofie pod Smoleńskiem, odbywało się na fali zbiorowych emocji. One były bardzo silne, wspólne Polakom, ludzie byli zszokowani. Przecież nikt nie wpadłby na taki scenariusz zbieżności nieszczęśliwych wypadków, tego nie da się zrozumieć w kategoriach racjonalnych. Ale na fali takich właśnie wielkich emocji działy się rewolucje.

Z punktu widzenia psychologii w zbiorowych zachowaniach nie jest to nic nowego. Kultura współczesna uruchamia potrzebę manifestowania publicznie emocji, obnażenia siebie. Wtedy czujemy się spełnieni i dowartościowani. Ja to nazywam globalnym ekshibicjonizmem emocjonalnym. W naszej kulturze nabrał on jednak cech narodowego mitu założycielskiego i dał uczestnikom złudzenie tworzenia historii.

Czy w czasie tej żałoby narodowej coś panią zaskoczyło? Wiele mówiło się o pojednaniu i wspólnocie.

- Niestety, głównie zniesmaczyło i zasmuciło. Żałobę zdominował rytuał bogoojczyźniany, który mi nie odpowiada. Jako człowiek racjonalny zinterpretowałam to tragiczne wydarzenie w dyskursie polityki historycznej, z wielkim zaangażowaniem realizowanej przez prezydenta Kaczyńskiego. Zarazem cała ta sytuacja w którymś momencie stała się swoistym reality show. Punkt krytyczny nastąpił, gdy jedna ze znanych dziennikarek płakała na wizji z byłą panią prezydentową. To było przekroczenie granic dobrego smaku i zanegowanie autentyzmu. Dziennikarze, którzy są współodpowiedzialni za kreowanie rzeczywistości, nie są po to, by dolewać benzyny do ognia, lecz by zapanować nad ogniskami, które już wybuchły.

Ale media też były zaskoczone tą tragiczną sytuacją. Dziennikarze nie byli na to przygotowani.

- Owszem i to jest zrozumiałe przez pierwszy dzień, ale media nie wyczuły momentu, w którym emocje należy obniżać. Można tu przypomnieć żałobę Amerykanów po atakach na WTC. Trwała trzy dni, straty w ludziach i symbolice były znacznie większe. Potem każdy musiał wrócić do normalności, bo Amerykanie nie potrzebują i nie rozumieją polityki historycznej. U nas trwało to za długo, a każdy ma określony próg wrażliwości, a zatem i próg autentycznego wylewania łez.

Władysław Tatarkiewicz powiedział kiedyś, że o kulturze wysokiej człowieka nie świadczy jego urodzenie, lecz umiejętność panowania nad emocjami. Ja się z nim zgadzam w pełni.

Naszła mnie też po tragedii refleksja, że przyroda po raz kolejny pokazała, że nasze wyobrażenie, iż panujemy nad światem, jest tylko złudzeniem. Ta absurdalna katastrofa potwierdziła słowa Leszka Kołakowskiego: nie ma nic absurdalnego w tym, że świat jest absurdalny.

Wspomniała pani o narodowym micie założycielskim. Tragedia go wskrzesiła?

- Wskrzesiła mit założycielski Polski dotkniętej tragizmem, narodu, który powstał w paradygmacie ofiary i męczeństwa. Idealnie wpisała się też w politykę historyczną uprawianą przez PiS i braci Kaczyńskich, dla których naród był ofiarą, a to, co udało mu się osiągnąć, okupione zawsze było wielkimi stratami. Dlatego zdaniem niektórych przeszłość trzeba mitologizować, a nawet sakralizować.

Śmierć Lecha Kaczyńskiego w określonym miejscu, a przede wszystkim kontekście symbolicznym, sprawiła, że dla wielu Polaków będzie on funkcjonował jako mit, mąż stanu, bohater. Ten, który tworzył politykę historyczną i sam stał się jej ofiarą (przez przypadek).

Nie ma w tym nadużycia?

- Trzeba mieć świadomość faktu, że kontekst, w którym przedstawiana jest śmierć Lecha Kaczyńskiego, jest nadużyciem semantycznym. W Katyniu - i w innych miejscach - w 1940 r. wymordowano ponad 20 tys. ludzi, to była wojna, ludzie walczyli o niepodległość, o życie. Prezydent nie leciał do Katynia bronić niepodległości, tylko m.in. po to, by pokazać, kto jest winny tej zbrodni, i chciał, aby Rosja za nią przeprosiła. To jest różnica, której od dnia tragedii nie dostrzegają media, politycy - i zwyczajni ludzie. Tak manipuluje się zbiorowymi emocjami.

O zmarłych trzeba mówić tylko dobrze?

- Wykreowany mit Lecha Kaczyńskiego sprawia, że odbiera się nam możliwość dyskutowania o nim jako polityku. Jego postać jako prezydenta dotkniętego tragedią została utożsamiona z nim jako zwykłą osobą. Krytykowanie jego prezydentury jest traktowane obecnie w kategoriach zdrady narodowej, a trzeba wziąć pod uwagę, że debata to jest coś, co wpisane jest w demokrację i nie wolno nam tego zaniechać.

Nie zawsze trzeba się przecież kłócić, debata w publicznej przestrzeni służy wypracowaniu consensusu, a nie przyznaniu racji jednej ze stron. Czas najwyższy, aby uczestnicy polskiej polityki nauczyli się słuchać siebie nawzajem i innych i odróżniać cele od sposobów ich realizacji. Mam wrażenie, że władza paraliżuje ich struktury poznawcze i uniemożliwia proces uczenia się. Ja nie oceniam Lecha Kaczyńskiego jako osoby, bo go po prostu nie znałam, tylko jako polityka, prezydenta. W tej roli był kiepski i tak oceniała go znaczna część Polaków. Nie ma w tej ocenie nic nagannego i do niedawna taka ocena była dominująca. Teraz śmierć niemal go uświęciła.

Jak politycy wykorzystają tragedię? Czy będzie pojednanie?

- Gra polityczna zaczęła się przy okazji wyboru miejsca pochówku dla Lecha Kaczyńskiego i jego żony. Nie wiem, czyj był to pomysł, ale przypomina mi się to, co powiedziała Jadwiga Staniszkis o Jarosławie Kaczyńskim, że on jest zwierzęciem politycznym, świetnym strategiem i graczem. W każdym razie pomysłodawca musiał zdawać sobie sprawę z tego, że ta decyzja podzieli społeczeństwo. Dowodzi ona, że nie ma chęci pojednania, lecz zachowania status quo różnic i odmienności i ja nie widzę innego powodu wybrania Wawelu niż gra polityczna.

Czy z punktu widzenia takiej gry Wawel był na pewno trafionym pomysłem? W Krakowie nie ma kolejek do krypty, ludzi na pogrzeb przyjechało mniej, niż się spodziewano, a na trasie konduktu było w dniu pogrzebu pustawo.

- Lech Kaczyński jako polityk był prezydentem Polski, jako osoba - warszawiakiem i z Warszawą bardzo silnie się utożsamiał. Z Krakowem nigdy nic go nie łączyło i mieszkańców z nim też nie. Protesty pod kurią i brak krakowian na pogrzebie dowodzą, że ten mit nie pochłonął wszystkich i ludzie właściwie odczytują pola znaczeniowe słów. Śmierć Lecha Kaczyńskiego nie przysłoniła tego, że był warszawiakiem, i nie dała ludziom poczucia, że sama śmierć, nawet tragiczna, umiejscawia go na Wawelu. Wawel jest traktowany w kategoriach symbolu jedności narodowej. Ta symbolika została teraz rozmyta. A dla symbolu nie ma nic gorszego niż rozmycie jego pola znaczeniowego.

*** Rozmawiała Dominika Wantuch

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':