Rafał Kalukin: Po upadku komunizmu Maria Janion ogłosiła kres dominacji paradygmatu romantycznego w polskiej kulturze. Reakcje na tragedię smoleńską wskazują jednak na jego zadziwiającą żywotność. Stefan Chwin: A zatem diagnoza pani profesor była diagnozą życzeniową. Po prostu zamarzyło nam się kiedyś, aby ten romantyzm wreszcie się skończył...
A on nadal mocno się trzyma? - Mocno. Zwłaszcza gdy zauważymy, że wypuszcza nowe kiełki w duszach ludzi młodych. A to już ewenement. O ile moje pokolenie dojrzewało jeszcze w szczelnie zamkniętej romantycznej konserwie, o tyle obecne dwudziestolatki miały dostatecznie wiele okazji, aby się z niej wydostać. Tymczasem spotykam wciąż młodych ludzi, którzy mówią tak, jak mówiliśmy o Polsce w wieku XIX. Wygląda więc na to, że polityka historyczna braci Kaczyńskich była skuteczna.
W czasach Mickiewicza upokorzony naród pragnął się uwznioślić. Teraz jednak wskaźniki społecznego optymizmu systematycznie rosną. - Badania społeczne rejestrują tylko świadomość zbiorową. Podświadomość pozostaje poza ich horyzontem. Podejrzewam, że nasze samopoczucie nie jest aż tak dobre, jak mówią sondaże.
Objawia się to choćby bardzo nerwowym reagowaniem na sprawę rosyjską. Proszę sobie przypomnieć zbiorowy dreszcz niepokoju, gdy doszła do nas wiadomość o wojnie w Gruzji. Ciągle się Rosji obawiamy, co stronnictwo prezydenckie potrafiło zresztą wykorzystać w bieżącej polityce.
Mamy podstawy do spoglądania na rosyjskie aspiracje z niepokojem. Zwłaszcza w sprawie Gruzji, gdzie starł się Dawid z Goliatem. - W Biblii Dawid wygrywa, ale w świecie realnym częściej bywa odwrotnie. Dla nas świadomość tak potężnej dysproporcji sił jest wciąż źródłem skrywanej społecznej nerwicy.
W Niemczech przeprowadzono jakiś czas temu sondaż, w którym zapytano, jak NATO i
Unia Europejska powinny się zachować, gdyby Rosjanie weszli do Estonii. 52 procent Niemców odparło, że Unia nie powinna wykonać najmniejszego ruchu. Nie wiem, jak na takie pytanie odpowiedzieliby dzisiaj Polacy, ale pewnie chyba jednak trochę inaczej
Niby w ogromnej większości czujemy się częścią Unii, ale ciągle brakuje nam mocnego poczucia bezpieczeństwa. Na forach internetowych ludzie czasem dziwią się, że na terenie Polski wciąż nie ma nawet jednej wojskowej obronnej instalacji NATO.
Płytsze warstwy naszej polskiej świadomości są raczej słonecznie nastawione do życia. Te głębsze, trudniej widoczne, ogarnięte są lękiem. Ten lęk wychodzi na powierzchnię, gdy pojawia się sytuacja traumatyczna. Taka jak Smoleńsk.
To jednak tragedia przechodząca wszelkie wyobrażenia. Ginie prezydent, pół elity politycznej, generałowie. Jak zachowaliby się Niemcy, gdyby spotkało ich takie nieszczęście? - Sądzę, że uroczystości pogrzebowe byłyby równie monumentalne, ale bez takiego spektakularnego entuzjazmu rozpaczy.
U nas on był? - Był. Z przerażeniem, ale i w dziwnym, masochistycznym uniesieniu poczuliśmy, że znowu znaleźliśmy się w tej samej sytuacji co zawsze. Znowu ktoś uderzył w naszą niewinność i słabość. To jest właśnie rdzeń romantyzmu. Pamięta pan krzyk Konrada z trzeciej części "Dziadów"? "Czyś Ty Bogiem czy Carem?". Dziś Konrad pewnie krzyknąłby: "Bóg to zrobił czy Putin?".
Mroczne podejrzenia, które po katastrofie smoleńskiej kierujemy pod adresem Rosji, mają jedno ze swoich źródeł w bolesnych pytaniach Mickiewicza.
Niemcy, a już na pewno Francuzi, gdyby znaleźli się w naszej sytuacji, w pierwszej kolejności wyciągnęliby błąd państwowy. Pytano by, jak to się stało, że cały sztab wojska znalazł się w jednym żelaznym pudle, które runęło w śmierć. Kto za to odpowiada? Kto i co zaniedbał?
U nas - nie. Duch naszej kultury każe nam mówić o zmarłych: "świętej pamięci". Oznacza to, że nie należy świeckim trybem chłodno roztrząsać okoliczności wypadku. Bo takie dywagacje zdaniem Polaków naruszają świętość tych, co odeszli.