http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mój diabeł stróż

Rozmawiał Dariusz Zaborek
2011-07-01, ostatnia aktualizacja 2010-04-29 17:53

Nagle chwycił za rękę i wylądowaliśmy w sali lekcyjnej. Stał tam fortepian. Pomyślałam: "Boże, każe mi grać". Ale powiedział: "Rozbierz się". Rozmowa z Anitą Haliną Janowską*

Anita Halina Janowska
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Anita Halina Janowska

Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Dariusz Zaborek: Pani siostra oprawiła w ramki i powiesiła nad łóżkiem zdanie Hitlera z "Mein Kampf"

Anita Halina Janowska: "Co nie jest rasą na tym świecie - jest śmieciem". Przypominało jej to - ironicznie - że ma się czuć niczym. Należałyśmy do odrębnego gatunku ludzi, których stworzył Hitler - "misch-lingów".

"Mischling", czyli "żydowski mieszaniec pierwszego stopnia". Ustawy norymberskie tak nazywały dzieci Żydów i Niemców.

- Niemcy nie wiedzieli, co z nami zrobić, bo oprócz przeklętej krwi żydowskiej, miałyśmy w sobie i świętą germańską.

Stałyśmy się z siostrą obiektem analiz prowadzonych przez Rassenpolitisches Amt. Był to hitlerowski urząd do badania czystości rasy. Na kilku spotkaniach sprawdzali nasz wzrost, wagę, smukłość ciała, kształt czaszki, nosa, uszu, układ twarzy, uzębienia. Porównywali, jak daleko odbiegamy od wzorca rasy germańskiej.

Sprawdzali nasz chód. Były teorie, że Żydzi się garbią. Bo Żyd zawsze szedł do pana z pochyloną głową, a jak siedział nad Talmudem - też nie trzymał się prosto.

Byłam za mała, żeby odczuwać te badania - rozbieranie do naga, mierzenie, fotografowanie - jako coś upokarzającego. Ojciec mówił nam o doktorach, bo to w końcu mogli być lekarze. Ale siostra strasznie się wstydziła. Buntowała się i kłóciła z ojcem, że nie jest królikiem ani szczurem doświadczalnym.

Narodowość ojca zapewniała wam bezpieczeństwo?

- Średnio. Żydowskie żony niemieckich obywateli mogły mieszkać poza gettem, jeśli małżeństwo zostało zawarte przed wydaniem ustaw norymberskich w 1935 roku. Ale gdyby pod nieobecność ojca wpadł do domu policjant czy esesman, który nie znał przepisów, to mógłby nas zastrzelić. Nikt by mu nic za to nie zrobił, wiadomo - Żydówki.

Takich par jak moi rodzice było w Łodzi tylko sześć. Mama, słysząc dzwonek do drzwi, chowała się w spiżarnianej piwniczce.

Siostra tłumaczyła mi, że Niemcy zabijają Żydów, chcą zabić naszą matkę i jej braci. A ja na to, że najbiedniejszy to nasz tatuś - jest Niemcem i musi mu być przykro (śmiech). Zawsze byłam po stronie ojca, bo mnie bardziej kochał. Był ciepły, przystępny. Byłam jego zabaweczką i on był moją zabaweczką - plotłam mu na głowie warkoczyki.

Czuła się pani kiedyś Niemką?

- Nie. Bo nawet mój niemiecki ojciec nie czuł się Niemcem. Chciał, żeby wojna szybko się skończyła i żeby Niemcy ją przegrali. Mówił, że Hitler to bandyta. Że faszyzm ogłupił i zniszczy naród niemiecki.

Dziadek Roman Wahlmann pochodził ze Szwecji, ale ożenił się już w Łodzi i tam urodził się mój ojciec. Pewnego dnia dziadek zniknął i się nie odnalazł. Podejrzewano, że popełnił samobójstwo, bo w rodzinie ojca dziewięć osób tak skończyło. Może mieli jakiś gen depresji?

Ale mój ojciec był pogodny. Pracował jako księgowy w Zgierskiej Manufakturze, skąd na cały świat eksportowano bawełnę. Przed wojną świetnie nam się powodziło.

I to stało się w czasie wojny przyczyną donosów na moją matkę. Mama była elegancka, chodziła w futrach z fok, w lisach, nosiła kapelusze, grała na fortepianie. Prawdziwa dama. A w naszym domu przy Narutowicza 74 mieszkały niezbyt zamożne rodziny: urzędnicy, rzemieślnicy i kilka rodzin robotniczych. Mama budziła "klasową zazdrość".

Gdy wybuchła wojna, pojawiła się okazja, żeby ją poniżyć. Żeby zedrzeć z niej te lisy. Myślałam, że donosicielem był tylko pan Mitzer, volksdeutsch i szpicel, który wystawał przed bramą naszego domu. Po wojnie siostra dowiedziała się, że donosili też szewc z parteru i kobieta z czwartego piętra.

To byli Polacy?

- Tak. Ale ja przeżywałam wewnętrzny konflikt nie w związku z Polakami. Kochałam córkę volksdeutscha Mitzera, najbardziej z nią lubiłam się bawić. A tu słyszę, że mój ojciec chce przekupić jej ojca, żeby nie donosił na moją mamę!

Na podwórku bawiły się dzieci polskie, niemieckie i ja. Wołały na mnie: "szyszoszkie szeszko", czyli "żydowskie dziecko".

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów