Sławomir Zagórski: I mamy majówkę. Jeśli pogoda dopisze, czeka nas grill, no i alkohol. Jeśli nie dopisze, piwa, wina i wódki też z pewnością pójdzie więcej. Kilka najbliższych dni to ciężki czas dla naszych wątrób. Dr med. Andrzej Gietka*: Raczej tak, choć proszę pamiętać, że wątroba znacznie gorzej znosi stałe niż sporadyczne picie. Jeśli więc ktoś wypije więcej akurat w czasie majówki, ale na co dzień raczej stroni od alkoholu, jego wątroba to zniesie.
Zawsze wydawało mi się, że nasz organizm lepiej toleruje jeden-dwa kieliszki alkoholu dziennie niż kilkudniową abstynencję, a potem porządne upicie się. - To błędne przekonanie. Dla wątroby nie ma nic gorszego niż stałe, codzienne podtruwanie, może nie jednym, ale już dwoma czy trzema kieliszkami. Ludziom wydaje się, że ten narząd ma cudowne wręcz zdolności regeneracyjne i można bezkarnie go niszczyć latami. Otóż tak nie jest. Osoby pijące mniej, ale za to stale, nie mogą zrozumieć, dlaczego to oni dorobili się alkoholowej choroby wątroby, a nie np. pan Ziutek z naprzeciwka, który pije na umór, ale robi to 2-3 razy w miesiącu.
Miałem pacjentkę, żonę dyplomaty, która po dziesięciu latach picia dwóch-trzech kieliszków wina dziennie całkowicie zniszczyła sobie wątrobę. Ta kobieta nigdy się nie upiła, nie była uzależniona, nie czuła, by miała jakikolwiek problem ze zdrowiem. Ot, przebywając w pewnym kraju, gdzie zwyczajowo spożywa się
wino, piła go do obiadu, do kolacji, i tyle. Uratowaliśmy ją, robiąc przeszczep. Dziś ma się dobrze, ale alkoholu już nie tyka.
Tak duża wrażliwość na alkohol to chyba rzadkość? W końcu nawet kardiolodzy namawiają na codzienne picie wina. - Rzeczywiście, alkohol w małych dawkach korzystnie wpływa na serce, ale i kardiolodzy podkreślają, że kobiety powinny znacznie bardziej z nim uważać niż mężczyźni. Ludzie zapominają, że różnica między płciami nie sprowadza się wyłącznie do anatomii czy mentalności i że nasze narządy też pracują nieco inaczej. I o ile organizm kobiecy jako całość jest silniejszy od organizmu mężczyzny - widać to chociażby po długości życia - o tyle wątroba jest wyraźnie słabą stroną płci pięknej. Ocenia się, że jej odporność na alkohol jest aż pięciokrotnie niższa. I dlatego jeśli np. małżeństwo pije po równo, żona może dostać marskości, a mąż być całkowicie zdrowy. Zdarza się, że na moim oddziale z powodu alkoholowej choroby wątroby umierają bardzo młode, ledwie 25-letnie kobiety. U mężczyzn poważne problemy zaczynają się zwykle dopiero po czterdziestce. W przypadku kobiet często wystarcza cztery-pięć lat regularnego picia, by alkohol zniszczył wątrobę, mężczyźni wytrzymują 20 lat i więcej.
Skąd aż tak wielka różnica? - To efekt różnic genetycznych. Kobiety wytwarzają mniej przerabiających alkohol enzymów, ich siła działania jest też słabsza.
Ponadto kobiety łatwiej uzależniają się, nie tylko zresztą od alkoholu. Trudniej im się rozstać z nałogiem. Piją inaczej niż mężczyźni. My potrzebujemy towarzystwa, a panie często piją w samotności. Co gorsza, trudniej godzą się ze swoim uzależnieniem, wypierają ten fakt do granic absurdu.
Miałem pacjentkę, która leżała już w kilkunastu szpitalach z nawrotowymi ciężkimi żółtaczkami, niewydolnością wątroby, wodobrzuszem. Trafiała do nas na granicy życia i śmierci - raz, drugi, trzeci. Za każdym razem mówiłem jej, że ma chorobę alkoholową. Zapierała się, że nie pije. Mąż i dzieci to potwierdzały. W końcu za czwartym czy piątym pobytem stwierdziła: "Panie doktorze, skoro pan wciąż o tej chorobie mówi, to chociaż nie piję, pójdę na tę kurację odwykową". Nie znam jej dalszych losów, bo obraziła się na mnie śmiertelnie.
Niedawno leczyłem też chorą, która ewidentnie miała zniszczoną wątrobę przez alkohol, ale utrzymywała, że w ogóle nie sięga do kieliszka. Zaprosiłem panią psycholog z nadzieją, że to od niej wyciągnie. Nic z tego. Psycholog powiedziała, że niektóre kobiety wolą umrzeć, niż przyznać się, że piją.
Od samogonu utrata pionu.
Od koniaku finał na haku.
Od palinki wstrętne uczynki.
Od maraskino spadaj rodzino.
Od pejsachówki pogrzeb bez mówki.
Od śliwowicy torsje w piwnicy.
Od whisky iloraz niski.
Od likieru równyś zeru.
Od drinka czarna godzinka.
Od sherry nogi cztery.
Od żywca wyje spożywca.
Od rumu pomruki tłumu.
Od madery rypią nery.
Od martini potencja mini.
Wisława Szymborska
>
Spożycie alkoholu w Polsce stale rośnie. W roku 1995 wypijaliśmy 6,47 l czystego alkoholu na głowę, w 2007 r. już 9,21 l. Dostrzega pan, że chorują coraz młodsi? - Nie dostrzegam najazdu młodych, śmiertelnie chorych, choć i takie przypadki obserwuję. Nierzadko lądują tu całe rodziny. Kładzie się np. śmiertelnie chora matka, obok leży śmiertelnie chory ojciec. Mają trzyletnie dziecko, które przyprowadza pijany teść.
Większość chorych, niestety, umiera. Marskość wątroby [zastąpienie jej prawidłowych struktur przez zwłókniałą tkankę], a zwłaszcza marskość alkoholowa, jest czymś nieodwracalnym. Nie wystarczy więc np. nie pić przez rok, by potem móc wrócić do alkoholu. Jeśli ktoś ma poważne objawy choroby alkoholowej, w zasadzie powinien być abstynentem do końca życia. A ponieważ to bardzo trudne, więc ci pacjenci do nas wracają. Rekordziści nawet po kilkanaście razy, aż wreszcie za którymś razem umierają.
W Polsce przez ostatnie 20 lat sporo osób przerzuciło się z wódki na piwo czy wino, choć nadal wlewamy w siebie sporo mocnego alkoholu (w 2007 r. stanowił on 32,6 proc. spożycia). Wątroba bardziej nie lubi wódki niż piwa? - Skądże znowu. Dla wątroby nie ma żadnego znaczenia, czy pijemy wódkę, wino, czy piwo. Liczy się wyłącznie ilość alkoholu i częstotliwość picia. Dla żołądka, nerek jest różnica, a dla wątroby nie. Niestety, ta prawda mało do kogo dociera. Mam umierających chorych, którzy nigdy nie tknęli wódki. Pili np. wino.
Przeważnie zresztą, jak pytam chorego, czy pije alkohol, pada odpowiedź, że nie. A potem okazuje się, że rzeczywiście nie pije wódki i wina, za to piwo wlewa w siebie litrami. Nie wiem, skąd się to bierze, ale piwo w przekonaniu ogromnej liczby Polaków nie jest w ogóle alkoholem. Jeden z moich chorych, wybitny informatyk, twierdził, że alkoholu nie używa, ale ponieważ nie lubi ani coli, ani fanty, więc na co dzień pragnienie gasi piwem. I w swoim głębokim przekonaniu, bystrego, inteligentnego faceta, jest niemal abstynentem. Gdyby lubił colę, piłby colę, ale ponieważ jej nie lubi, pije piwo.
Inny obrazek. Przychodzi do mnie pacjentka i mówi: