Ujawniamy tezy raportu, który kilkanaście godzin po katastrofie prezydenckiego Tu-154 złożył ministrowi obrony czasowo pełniący obowiązki dowódcy Sił Powietrznych gen. Krzysztof Załęski. Wynika z niego, że lotnictwo zaplanowało wcześniejszą godzinę startu tupolewa. Plan przygotowano tak, że Jak-40 z dziennikarzami wystartuje o godz. 5 rano, a Tu-154 - o 6.30 (ostatecznie wystartował dopiero przed 7.30).
Dlaczego lotnictwo ustaliło takie godziny
- Daje to zapas bezpieczeństwa czasu pozwalający np. na zmianę trasy przelotu lub krążenie nad lotniskiem w oczekiwaniu np. na poprawę pogody - wyjaśnia "Gazecie" płk Ryszard Raczyński, dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który zajmuje się lotami VIP-ów.
Gdyby tupolew wystartował w planowanym czasie, byłby w Smoleńsku mniej więcej wtedy, kiedy lądował "dziennikarski" jak. - Ten tupolew to najszybszy latający pasażerski samolot na świecie, odkąd nie latają concordy - mówi płk Raczyński.
Kiedy lądował jak, widoczność w Smoleńsku spełniała minima bezpieczeństwa tego lotniska. - Pilot, który tam ląduje, musi zejść do tzw. lotu płaskiego na wysokości stu metrów nad ziemią i w odległości tysiąca metrów od pasa startowego musi zobaczyć jego światła lub początek pasa - mówi płk Raczyński. Nieoficjalnie wiemy, że tak było. Pilot jaka zobaczył światła tzw. bramki, czyli reflektorów skierowanych na drogę podejścia do lądowania, i bezpiecznie wylądował. Potem pogoda szybko zaczęła się pogarszać.
Program zapięty "na sztywno" Kancelaria Prezydenta zakwestionowała plany wojskowych lotników. Mówi o tym pismo adresowane do szefa
MON 30 marca. "Pismem zastępcy dyrektora gabinetu szefa Kancelarii Prezydenta RP Katarzyny Doraczyńskiej [zginęła w katastrofie] przedstawiono szczegółowy program uroczystości, planowane godziny startów samolotów oraz skład delegacji" - czytamy w raporcie gen. Załęskiego. Start Tu-154 przesunięto na godz. 7 rano.
Nasi rozmówcy w MON mówią, że w ten sposób program został zapięty "na sztywno", bez marginesu bezpieczeństwa czasu. Nie było go na dojazd z innego lotniska niż Smoleńsk, bo uroczystość by się mocno opóźniła, a późnym popołudniem miał wyjeżdżać do Polski specjalny pociąg dla Rodzin Katyńskich, prezydent miał wrócić do kraju ok. godz. 18.
Zalecane prezydenckiemu samolotowi przez rosyjską kontrolę lotów - już w czasie przelotu 10 kwietnia - dwa zapasowe lotniska Mińsk i Witebsk są oddalone od Katynia o 305 i 130 km. Podróż stamtąd
samochodami trwałaby od dwóch do czterech godzin.
Czy BOR miał wariant B Zapytaliśmy BOR, jak zorganizowano by transport delegacji, gdyby pilot Tu-154 zdecydował się lądować w Mińsku lub Witebsku.
- Natychmiast skontaktowalibyśmy się z polskim
MSZ, rosyjską Federalną Służbą Ochrony lub jej białoruskim odpowiednikiem. Na któreś z tych lotnisk podstawiono by
samochody i zorganizowano by podróż do Smoleńska w odpowiedniej asyście - mówi szef BOR gen. Marian Janicki. Jego zdaniem sformowanie takiej kolumny nie trwałoby dłużej niż godzinę od podjęcia decyzji.
Czy jednak BOR nie powinien wcześniej zadbać o to, by na lotniskach czekały samochody w zapasie?
- Nie ma takiej procedury, która nakazywałaby wystawienie kolumn samochodowych na innych lotniskach niż docelowe, ujęte w planie. To jest niemożliwe i niepotrzebne. Alternatywny transport organizuje się z lotniska, o którym już wiadomo, po zmianie planu - podkreśla gen. Janicki. Dodaje, że przeszłości bywały sytuacje, gdy delegacja musiała lądować w innym niż przewidziano miejscu z powodu złych warunków atmosferycznych. - Zawsze transport organizowano, gdy było już znane ostateczne miejsce lądowania - mówi szef BOR.
Jak zapraszano dowódców armii Kancelaria Prezydenta nie pytała MON o zgodę w sprawie zabrania na pokład najwyższych dowódców polskiej armii (w katastrofie zginęło sześciu). 17 marca minister
Bogdan Klich otrzymał jedynie informację podpisaną przez szefa prezydenckiej kancelarii Władysława Stasiaka (zginął w katastrofie): "Pan Prezydent zamierza zaprosić do wzięcia udziału w tej uroczystości najważniejszych dowódców Wojska Polskiego".
- Nie mieliśmy nic do powiedzenia - mówi nasz rozmówca w resorcie obrony.
Dowódcy dostali zaproszenia datowane 25 marca. Były adresowane osobiście, jeden z dowódców przerwał urlop, by polecieć do Katynia z prezydentem Lechem Kaczyńskim. - Nie wiedzieli, że tylu ich leci naraz. Zobaczyli się dopiero na pokładzie samolotu - mówi nasz informator. - Oczywiście, takie rzeczy się zdarzały, już latali razem np. do Afganistanu, ale nie wszyscy naraz.
Rozporządzenie szefa Sztabu Generalnego po katastrofie samolotu CASA zabraniało jedynie wspólnej podróży dowódcy i jego bezpośredniemu zastępcy. Tymi procedurami ma się teraz zająć nowy szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej.