http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Incydent gruziński oczami pierwszego pilota

Marcin Górka, w
2010-04-28, ostatnia aktualizacja 2010-04-28 08:42

12 sierpnia 2008 r., Okęcie. Prezydent Lech Kaczyński odlatuje na swoją najważniejszą wyprawę po prezydentów innych państwa post-radzieckich i do Gruzji
12 sierpnia 2008 r., Okęcie. Prezydent Lech Kaczyński odlatuje na swoją najważniejszą wyprawę po prezydentów innych państwa post-radzieckich i do Gruzji
Fot. ALIK KEPLICZ AP

Na lądowanie w Tbilisi nie była przygotowana nawet prezydencka ochrona - mówi kpt. Grzegorz Pietruczuk

Przywódcy Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii w Tbilisi
Fot. Shakh Aivazov ASSOCIATED PRESS
Przywódcy Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii w Tbilisi
W sobotę opisaliśmy akta prokuratury wojskowej, która w 2008 r. badała doniesienie posła Karola Karskiego (PiS) na pilota prezydenckiego Tu-154, że nie wykonał rozkazu prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Incydent miał miejsce 12 sierpnia 2008 r. Prezydent Lech Kaczyński z przywódcami Litwy, Łowy, Estonii i Ukrainy leciał z pomocą dyplomatyczną do Gruzji, do której wkroczyły wojska rosyjskie. Ze względu na zagrożenie przestrzeni powietrznej nad Gruzją plan lotu zakładał, że samolot wyląduje w Gandżi w Azerbejdżanie, a stamtąd delegacja samochodami przejedzie do Tbilisi. Jednak podczas międzylądowania w Symferopolu (Krym) prezydent zażądał bezpośredniego lotu do Tbilisi. Dowódca samolotu kpt. Grzegorz Pietruczuk odmówił. Argumentował, że to zbyt wielkie zagrożenie. Prezydent i jego ministrowie interweniowali u przełożonych pilota i szefa MON. Świadkiem incydentu był kpt. Arkadiusz Protasiuk, wtedy drugi pilot. To kpt. Protasiuk był dowódcą prezydenckiego Tu-154, który 10 kwietnia rozbił się pod Smoleńskiem.

Gdy kpt. Pietruczuk nadal odmawiał, do kabiny (samolot ciągle stał na lotnisku) wszedł Lech Kaczyński. Osobiście kazał lecieć do Tbilisi. Pilot pozostał nieugięty. Informacji o osobistej interwencji prezydenta zaprzeczali po naszej publikacji: europoseł PiS Adam Bielan, dziennikarz Michał Karnowski (byli wtedy na pokładzie) i "Wiadomości" TVP, mimo że w tekście opieraliśmy się na udostępnionych nam aktach.

Padły oskarżenia, że "Gazeta", przypominając sprawę, sugeruje, że to Lech Kaczyński jest odpowiedzialny za katastrofę prezydenckiego Tu-154, który 10 kwietnia 2010 r. rozbił się pod Smoleńskiem.

Dzisiaj publikujemy wywiad z kpt. Pietruczukiem, który po raz pierwszy opowiada o "incydencie gruzińskim".



Rozmowa z kpt. Grzegorzem Pietruczukiem

Marcin Górka: Jak wyglądał tamten lot z prezydentem Lechem Kaczyńskim?

Kpt. Grzegorz Pietruczuk: Rano poleciałem na Litwę, Łotwę i Estonię, gdzie zabierałem na pokład głowy tych państw. Przed południem wróciłem do Warszawy. Tu wsiadł prezydent Lech Kaczyński i wystartowaliśmy do Symferopola, gdzie miałem zabrać jeszcze prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę. Tam odbyło się tankowanie, catering itd. W tym czasie na pokładzie byli pan minister Stasiak i pan minister Łopiński, bo pan prezydent był wtedy w salonce VIP na lotnisku. Obaj ministrowie przekazali mi, że pan prezydent chce wylądować w Tbilisi.

Jak pan na tę prośbę odpowiedział?

- Że przeanalizuję warunki lądowania. Kiedy to zrobiłem, stwierdziłem, że ten lot nie może się odbyć ze względu na warunki bezpieczeństwa. Nie tylko nie mieliśmy zgody dyplomatycznej, o której się potem mówiło, bo to tylko jedna z kilku przyczyn. Brak było też informacji o sytuacji pogodowej na lotnisku, o jego stanie i systemach nawigacyjnych. Nie wiedziałem też, czy będę miał jakąkolwiek łączność radiową. Kolejna przyczyna: nad terytorium Gruzji operowały rosyjskie samoloty bojowe. My nie mamy żadnych systemów, które umożliwiałyby rozpoznanie, ostrzeganie o promieniowaniu przez radar itp. Jesteśmy ślepi, takie samoloty wyłączają urządzenia identyfikujące i można się z nimi nawet zderzyć!

I taką odpowiedź dał pan jeszcze na lotnisku w Symferopolu?

- Tak. Nie pamiętam dokładnie, ale przekazałem ją chyba panu ministrowi Stasiakowi. Po konsultacjach z wieloma źródłami, m.in. z dowódcą pułku, któremu też przekazałem opis sytuacji. On też powiedział, żeby nie lecieć do Tbilisi.

Jaka była odpowiedź otoczenia prezydenta?

- Mimo wszystko chcieli, żeby ten wylot się odbył. Głównie pan Stasiak. Pytał, co trzeba zrobić, żeby ten lot się odbył. Odpowiedziałem, że muszę mieć jakiekolwiek informacje, których nie jestem w stanie zdobyć. Zrobiłem maksymalnie wszystko, łącznie z telefonem do moich znajomych w Tbilisi, żeby dowiedzieć się o tym, co się tam dzieje.

Chciał pan wykonać to polecenie prezydenta?

- Gdyby była taka możliwość, to oczywiście, że tak. To nie jest tak, że jak my się uprzemy, to koniec. Gdybym mógł wykluczyć obecność rosyjskich samolotów, gdybym zweryfikował te wszystkie warunki, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby polecieć. Przecież to już się zdarzało, np. gdy spadła CASA, lecieliśmy do Zagrzebia i natychmiast zmieniliśmy plany i wracaliśmy do Warszawy.

Na tym zakończyła się dyskusja z ministrem Stasiakiem?

- W zasadzie tak. Jeszcze raz przeanalizowałem sytuację z szefami ochrony VIP-ów prezydenta Kaczyńskiego i prezydenta Juszczenki. Stwierdzili, że nie są przygotowani do wykonania takiego zadania. Upewniłem się wtedy, że lot do Tbilisi byłby zbyt niebezpieczny dla pasażerów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 187 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    527 głosów

Sposób na to, żebyśmy chcieli pracować dłużej?

Każdy pracujący Szwed dostaje co roku ''pomarańczową kopertę''. Tak ma być też w Polsce