W 2008 roku, jesienią, w słowackim Zdziarze, po tamtej stronie Tatr, pojawił się napis "Jaworzyna '38". U wlotu do miejscowości, na garażu z pustaków przykrytych szarym tynkiem (tak to przynajmniej niektórzy pamiętają). Napis pokaźny, widoczny z drogi. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że wymalowano go z pobudek politycznych oraz patriotycznych. I że nie zrobili tego Słowacy.
Napis w Zdziarze ściągnął słowacką telewizję oraz dziennikarzy gazety "SME", wyrosłej z czasów opozycji antykomunistycznej, czyli - można powiedzieć - z tradycją. Jego pojawienie się zrelacjonowano w stosownym, historycznym kontekście, zaglądając aż 70 lat wstecz. Telewizyjna relacja ze Zdziaru trwała może minutę z okładem. "SME" poświęcił "Jaworzynie '38" notkę wielkoś-ci paznokcia bez plastikowego tipsa. Wszystko.
Gdyby u nas, dajmy na to w Poznaniu, pojawił się napis "Pozen '39", zrobiłaby się niezła awantura. W końcu Poznań to Poznań, zaś w Polsce nie każdy musi wiedzieć, że Jaworzyna to Javorina. A na Słowacji względem napisu w zasadzie cisza.
Peter Lauczik, historyk, tłumaczy ciszę natłokiem zdarzeń, które jesienią dzieją się w Tatrach. To moment - powiada - gdy liście, dajmy na to, buczyny nabierają ognistych barw, świstaki tyją bez opamiętania, a niedźwiedzie szykują się do zimowego snu, więc jedzą na potęgę. Łazi toto po górach, zagląda do przysiółków, buszuje w jagodnikach i w śmietnikach, straszy ludzi. Jest o czym pisać na bieżąco. Sprawy sprzed 70 lat to - jego zdaniem - dla mediów śledzących puls aktualnych wydarzeń news raczej przejrzały.
Lecz być może nie dla każdego. Ledwie w Zdziarze pojawił się napis o Jaworzynie, wnet w Osturni, malowniczej, drewnianej rusińskiej wiosce leżącej u stóp Tatr Bielskich, ktoś ostrzelał polskich turystów. Z dubeltówki i na dodatek wielokrotnie. Fakt - ów ktoś strzelał wysoko ponad głowami, lecz turyści, jak bywa w przypadku ostrzału, natychmiast padli na ziemię i przez dłuższą chwilę nie podnosili nosów z błota. Nie ma dwóch zdań, że z dubeltówki strzelał Słowak, bo Polaków z dubeltówkami tam nie ma.
W sprawie ostrzelania turystów wszczęto stosowne śledztwo. Po obu stronach polsko-słowackiej granicy i w zgodnej współpracy organów ścigania. Incydent potraktowano poważnie, choć można było zlać sprawę, uznając, że nad Osturnią zawsze wiszą mgły, więc strzelec mógł pomylić turystów z dzikiem lub z jeleniem. Mimo wysiłków, poszlak i rozlicznych śladów, z portretem pamięciowym włącznie, sprawca strzelaniny pozostał anonimowy.
Lauczik zastanawia się, czy może strzały w Osturni i napis ze Zdziaru to historie, które można ze sobą łączyć. Tak? Nie? Mój Boże - Lauczik zna polski, więc rozumie, że cała rzecz wygląda jak czeski film; nikt nic nie wie, za to akcja się rozwija, okrutnie śmieszno i niekiedy straszno. Ale może w tym przypadku warto zachować nieco powagi.
Zapewne warto, gdyż rychło okazało się, że po słowackiej stronie Tatr słowacki przewodnik chciał - opowiadają - popełnić zbrodnię na polskim taterniku. Nie udało się, bo Polak sprytnie uskoczył tam, gdzie Słowak nie mógł go zepchnąć w przepaść. Lecz gdyby nie uskoczył, byłoby bardzo źle.
O takich właśnie sprawach gwarzymy sobie za stołem w ogrodzie Petera Lauczika, po południowej stronie zachodniej części Tatr. Rosół zjedzony. Herbata wystygła. Napięcie rośnie, gdyż słońce w zenicie i skądś napatoczyły się osy, a być użądlonym przez takie pasiaste bydlę - rzecz nieprzyjemna. Jasne światło południa, zielona ściana świerkowego lasu, w oddali biały wapień tatrzańskich turniczek. Byłoby cudnie, gdyby nie te osy i ich natrętne bzyczenie.
Rok 1938. Już po konferencji w Monachium, Hitler zaczyna panoszyć się tam, gdzie nie jego miedza. Czechosłowacji w zasadzie już nie ma; sprzedano ją przy dyplomatycznym stoliku, za zgodą potężnych i możnych Europy, przy wątłym pisku sprzeciwu tych, którzy na politycznych salonach głosu raczej nie mają. Warszawa wnet przypomina sobie o czeskim Zaolziu, podobno zniewolonej wcześniej części macierzy; zaraz wejdą tam polscy żołnierze. I o słowackiej Dolinie Jaworzyny. Po co? Dlaczego? Na co komu te skały i nieurodzajna ziemia, cóż, że nadzwyczaj piękna? Zwłaszcza że Słowacy otwarcie garnęli się do Polski. Nawet wówczas nikt nie umiał tego przekonująco objaśnić, prócz tego, że Rzeczpospolita jest najfajniejsza, gdy ogromna, najlepiej od morza do morza.
Lecz stało się. 27 listopada wojsko polskie przekracza granicę. Naprzeciw Słowakom wysłano najlepsze oddziały pancerne II RP dowodzone przez Stanisława Maczka i Franciszka Skibińskiego, wówczas pułkownika i majora. Noc poprzedzającą inwazję panowie spędzili na nowotarskiej plebani. Wspominali, że panowała tam podniosła i wspaniała atmosfera, jakby następnego dnia miało dokonać się nie wiadomo co. Zimno było tylko w księżej wygódce. Za to
wino mszalne wielce smaczne i mocno rozgrzewające.
„Na przejęcie Jaworzyny szczególnie cieszył się i wyczekiwał radosnej chwili Jurgów, który jest życiowo złączony z halami i polanami jaworzyńskimi - pisała „Gazeta Podhala”. - Przybycie pierwszych oddziałów wywołało entuzjazm. Żołnierz polski wśród szpaleru Związku Strzeleckiego, przez powitalną bramę z napisem »U stóp Jaworzyny serdecznie witamy «, wkroczył na ziemię spiską i zagościł w Jurgowie, by nazajutrz przekroczyć od 18 lat niesłusznie istniejącą granicę rozdzielającą serca polskich górali spiskich. Tłumy jurgowian w oryginalnych strojach staroświeckich oraz okoliczna ludność z Czarnej Góry, Rzepisk, Bukowiny, Brzegów i Białki na dotychczasowej granicy polsko-czechosłowackiej na »Wojtasiej « przy bramie udekorowanej portretami Prezydenta Mościckiego, Marszałka Piłsudskiego i Marszałka Śmigłego-Rydza, przy dźwiękach orkiestry dętej z Jurgowa, powitały kwiatami pierwsze oddziały przybyłego wojska polskiego”.
A co się działo po słowackiej stronie? Nic. Wojenne przygotowania obserwowali dwaj znudzeni żandarmi. Nie ma co się dziwić.
Słowacja właśnie traci na rzecz Węgier znaczną część swojego terytorium.
Lecz gdzie w jednym miejscu zbierze się za dużo facetów z karabinami, łatwo o nieszczęście. W strzelaninie - nie wiadomo o co, bo tak naprawdę nikt nie chciał strzelać - pada polski oficer Stefan Rago, a jego kompan kapral Henryk Oleksowicz niebawem umrze od ran. Jeśli wierzyć ówczesnym polskim relacjom, Słowacy przywitali żołnierzy Stanisława Maczka chlebem, solą i kwiatami. Akcja skończyła się po kilku godzinach.
Śmierć Stefana Rago stała się okazją do zamanifestowania patriotyzmu, na Podhalu i w stolicy. Generał Franciszek Skibiński był pełen podziwu: "29 listopada odbyła się uroczysta eksportacja zwłok na stację w Nowym Targu, z pochodniami, trębaczami, salwami, wszelkimi innymi honorami wojskowymi i tłumem górali, tym razem naprawdę spontanicznym. 1 grudnia w Warszawie nastąpił jeszcze paradniejszy pogrzeb na koszt państwa" - zapisał w swoich wspomnieniach ówczesny szef sztabu 10. Brygady Kawalerii.
Ale Rago nie był bohaterem wszystkich Polaków, na pewno nie Ferdynanda Goetla - przedwojennego prezesa polskiego Pen Clubu, którego zresztą pochowano jako zasłużonego dla górali na zakopiańskim Pęksowym Brzyzku. Goetel nie mógł wybaczyć rodakom w mundurach, że wywołali zbrojną awanturę o kupę tatrzańskich kamieni.
„Gdyby jakiś historyk mniej więcej »oksfordzki « chciał znaleźć niezbity dowód, jak dalece zachłannym narodem są Polacy, powinien sięgnąć do historii Tatr. Zapomniane przez wieki, odkryte dopiero w XIX wieku, zaledwie poznane, stały się terenem, gdzie polski nacjonalizm wystąpił z nowymi roszczeniami o polski stan posiadania”. Według Goetla to „elementy psychiczne” były „motorem całej polskiej »agresji « jaworzyńskiej i uczyniły z drobnego granicznego sporu (o »kupę kamieni «, jak utrzymywali mądrale) sprawę narodową”.
W wyniku tej najgłupszej zawieruchy wojennej w tysiącletniej historii Polski zdobyto 110 kilometrów kwadratowych skał, piargów i nieużytków. Rzeczypospolitej przybyło kilkuset obywateli, zaś prezydent Mościcki mógł spędzić sylwestra 1938 w zameczku myśliwskim wystawionym przez księcia Hohenlohego. Majątek polski - skrupulatnie zanotowano - wzbogacił się o knajpę w dawnej strażnicy granicznej nazwaną na cześć wojaków Towarzysz Pancerny.
Zresztą Polska niedługo cieszyła się z łupów. 1 września wojska słowackie zajęły Jaworzynę i weszły do Zakopanego. Na Spiszu powitano ich - jak wcześniej Polaków - chlebem, solą i kwiatami. Peter Lauczik nie widzi w tym nic dziwnego. Lud pogranicza zawsze witał tego, kto miał akurat więcej armat; w 1939 roku byli to akurat Słowacy.
Minęło lat 70 i pan prezydent III RP przeprosił Czechów za zajęcie Zaolzia. W Pradze przeprosin prawie nikt nie zauważył, co - zapewniano - nie było skutkiem złego wychowania, lecz niemym stwierdzeniem faktu, że w polsko-czeskich relacjach był to raczej mało znaczący incydent. O Jaworzynie pan prezydent zapomniał, czego nie zauważono w Bratysławie. Za to słowacki pan prezydent przeprosił rok później Polaków za zajęcie Zakopanego. Warszawa nawet nie bąknęła "dziękuję". Peter Lauczik nie ma tego Warszawie za złe.