W pierwszych od ćwierć wieku wolnych wyborach Sudańczycy wybierali nie tylko prezydenta, ale także parlament i władze lokalne. Wybory były formalnością. 66-letni Al-Baszir wygrałby je z łatwością, nawet gdyby w ostatniej chwili z rywalizacji nie wycofali się jego najpoważniejsi rywale. Bojkot wyborów był z ich strony protestem przeciwko zawłaszczeniu przez rządzącą partię państwowych mediów, administracji i skarbca, co pozbawiało opozycję jakichkolwiek szans już nawet nie na wygraną, ale na równą walkę. Al-Baszir zdobył władzę, dokonując w1989 r. wojskowego zamachu stanu. Większość Sudańczyków, szczególnie z arabskiej i muzułmańskiej północy kraju, widzi w nim męża opatrznościowego próbującego ratować
Sudan przed rozpadem. Wstyczniu odbędzie się referendum, po którym secesję ogłosi zapewne sudańskie południe.
Rodacy przypisują też prezydentowi poprawę swojego losu, którą w istocie zawdzięczają petrodolarom z odkrytych na południu kraju złóż ropy naftowej.
Tymczasem na Zachodzie Al-Baszir od dawna uchodzi za diabła wcielonego i od roku ścigany jest za zbrodnie wojenne listami gończymi Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. Obrońców demokracji i praw człowieka zraził do siebie już zamachem stanu i przymierzem z muzułmańskimi radykałami. W latach 90. rozjuszył Zachód, goszcząc u siebie przez pięć lat Osamę ben Ladena, który już uchodził za niebezpiecznego terrorystę, choć jeszcze wtedy nie stworzył Al-Kaidy.
Al-Baszir wyklinany był również za wojnę z chrześcijańskim i afrykańskim południem kraju zbuntowanym przeciwko dyktaturze muzułmanów i Arabów z Chartumu i północy. W tej najdłuższej wojnie współczesnej Afryki zginęło ponad 2 mln ludzi, zanim w styczniu 2005 r. została ona przerwana w wyniku wynegocjowanego przez Zachód rozejmu. Reputację dyktatora najbardziej jednak popsuła ostatnia z wojen domowych, w Darfurze, gdzie od 2003 r. zginęło blisko ćwierć miliona ludzi.
Mimo tej długiej listy wykroczeń Al- Baszira Zachód uznał wyniki sudańskich wyborów, a nawet pochwalił wysoką frekwencję. Wybory były bowiem warunkiem, od spełnienia którego zależy rozstrzygające dla dalszych losów Sudanu głosowanie. Zawarty w 2005 r. układ pokojowy z partyzantami z południa przewiduje, że rok po wolnych wyborach w Sudanie na południu przeprowadzony zostanie plebiscyt w sprawie niepodległości i secesji.
Przywódcy rebelii zbojkotowali wybory i już szykują się do referendum. Al-Baszir, który zdobył ponad dwie trzecie głosów, obiecał, że dopilnuje, by odbyło się ono w terminie. Mieszkańcy południa obawiają się jednak, że władca z Chartumu prędzej wywoła na południu nową wojnę domową i utopi je we krwi, niż zgodzi się po dobroci na secesję.