http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dyplomacja Unii po myśli Polski

Tomasz Bielecki, Luksemburg
2010-04-26, ostatnia aktualizacja 2010-04-27 01:41

- Polskie pomysły zostały wysłuchane i częściowo uwzględnione - mówi o unijnej dyplomacji Radosław Sikorski

Minister Radosław Sikorski
Fot. Albert Zawada / AG
Minister Radosław Sikorski
Nowy korpus dyplomatyczny Unii Europejskiej, który jego szefowa Catherine Ashton zacznie wkrótce tworzyć na podstawie traktatu lizbońskiego, ma być oparty na zasadzie poszanowania równowagi geograficznej w pochodzeniu jego członków. Ashton oficjalnie obiecała wczoraj szefom dyplomacji krajów UE obradującym w Luksemburgu, że co roku będą przeprowadzane kontrole zatrudnienia w korpusie m.in. pod kątem narodowości pracowników.

Gwarancje Ashton nie oznaczają sztywnych parytetów, czyli określania dokładnych liczb dyplomatów z konkretnych krajów. Jeśli jednak np. Polaków będzie uderzająco za mało w porównaniu do naszego udziału w ludności Unii Europejskiej (8 proc.), to Ashton powinna skorygować proporcje wśród swych podwładnych. - Co roku będzie awantura przy okazji tej kontroli, ale nie ma innego lepszego sposobu - mówi jeden ze środkowoeuropejskich dyplomatów.

Doradcy Ashton zapewniają, że wśród jej najwyższych rangą współpracowników powinien być przedstawiciel nowej Unii - Polak albo Węgier. Budapeszt ponoć nieoficjalnie poparł już ideę powołania tego urzędnika z Polski. Niewykluczone, że zwiększa to szanse Mikołaja Dowgielewicza, obecnego ministra ds. europejskich. Pierwsze konkretne decyzje w sprawie nazwisk zapadną najwcześniej za miesiąc, o ile projektu korpusu dyplomatycznego nie zablokuje Parlament Europejski.

- Kasandryczne wieści, że Polska straciła już setki stanowisk w unijnej dyplomacji, były nietrafione i przedwczesne. Mamy świetnych kandydatów, nie musimy traktować ich jak upośledzonych. Nie potrzebują preferencyjnych zasad. Kto ma tylko dobrych ludzi mówiących po rosyjsku, którzy mogą zajmować się Europą Wschodnią? - mówił wczoraj szef polskiego MSZ Radosław Sikorski.

Wciąż jednak trwają debaty, czy Catherine Ashton ma kolegialnie rządzić korpusem dyplomatycznym przy pomocy kilku dyrektorów pochodzących z różnych krajów i instytucji unijnych, czy też ma opierać się wyłącznie na pomocy silnego sekretarza generalnego, który niemal na pewno będzie Francuzem. Pod płaszczykiem tych dyskusji toczy się unijny spór, jak wielki wpływ największe kraje UE powinny mieć na przyszłą dyplomację.

Jeśli Francja, Niemcy czy też Włochy nie będą utożsamiać się z nową dyplomacją, to może stać się ona unijnym kwiatkiem do kożucha. Jeśli ich dominacja będzie nazbyt duża, może to wywoływać opór innych krajów zagrożonych marginalizacją. - Zależy nam na silnej pozycji szefa dyplomacji. Jeśli Unia ma mówić wspólnym głosem, nie można go nazbyt osłabiać - mówił wczoraj Sikorski.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':