Rozmowa z Bronisławem Komorowskim, marszałkiem Sejmu, kandydatem PO na prezydenta Renata Grochal: O czym pomyślał pan w sobotę 10 kwietnia, gdy rano dowiedział się pan o tragedii pod Smoleńskiem? Bronisław Komorowski: Myślałem nie tylko o przyjaciołach, których wtedy straciłem, ale także o osobach kluczowych dla państwa i struktur władzy, które zginęły w tej katastrofie.
Przeprowadziłem wówczas ogromną liczbę rozmów. Brutalna rzeczywistość postawiła mnie w roli osoby, która musiała zbadać, co ta tragedia oznacza dla państwa, i opanować ten kryzys.
No i pojawiły się narzekania - nawet w PO - że w przemówieniach po tragedii nie był pan empatyczny, że orędzie było sztywne, a pana wystąpienia bez polotu... - Jestem człowiekiem emocjonalnym, ale nie lubię grać emocjami. Są momenty, gdy powinno się uszanować wielkość chwili przez indywidualne przeżywanie, a nie zastanawiać się, jak to wypadnie w kamerach.
Przez wydarzenia i konstytucję zostałem ustawiony w roli tego, który ma organizować państwo m.in. po to, by inni mogli w bezpieczny sposób przeżyć ten dramat o niewyobrażalnej skali.
Ale proszę mi wierzyć, że emocjonalnie były to dla mnie bardzo trudne chwile - także dlatego, że wśród ofiar katastrofy byli moi bliscy przyjaciele.
Na pewno był moment, kiedy zastanawiał się pan, jak zachować się w roli prezydenta, która nieoczekiwanie na pana spadła. - Rzeczywiście, gdy wykonałem już wszystkie telefony, zadałem sobie pytanie: jak się zachować. I uznałem, iż ludzie oczekują ode mnie, że w obliczu śmierci prezydenta nie będę wchodził w jego rolę. Do tego trzeba być prezydentem wybranym przez naród, nie wystarczy z mocy konstytucji przejąć jego obowiązki. Postanowiłem, że będę "tylko" osobą wypełniającą obowiązki prezydenta.
Może - jak mówi Andrzej Olechowski, pana rywal w wyborach - powinien pan zrezygnować z którejś funkcji: marszałka będącego p.o. prezydenta lub kandydata na prezydenta? - To szkodliwy nonsens. Realizacja tego pomysłu oznaczałaby dalszą destabilizację państwa w sytuacji kryzysu po katastrofie. Wyobraża sobie pani, co by się działo, gdyby jeszcze zabrakło w tej sytuacji marszałka Sejmu?
W takich momentach politycy muszą być odporni na pokusy uciekania od odpowiedzialności.
Jak o pokusach mowa, to nawet w PO krytykowali pana, że pospieszył się pan z powołaniem nowego szefa Kancelarii Prezydenta i szefa BBN. - Państwo musi funkcjonować pomimo dramatu, a mianowani przeze mnie ludzie nie są z PO. Szef BBN gen. Stanisław Koziej był wiceministrem obrony w rządzie PiS. Biuro musi jak najszybciej zbadać procedury, które zadziałały lub nie, w związku z tą katastrofą. A nowy szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski, który miał za zadanie przygotowanie uroczystości pogrzebowych, to doświadczony urzędnik państwowy. Odnoszę wrażenie, że zdołał sobie ułożyć relacje z pracownikami kancelarii.
Waldemar Pawlak z koalicyjnego PSL mówił, że szefem kancelarii mógł zostać jej dotychczasowy wiceszef Jacek Sasin. - To znana cnota Waldemara Pawlaka - wstrzemięźliwość w obsadzaniu stanowisk. Ale być może Waldemar Pawlak zna pana Sasina bardzo dobrze, ja go nie znałem.
Poza tym Jacek Sasin pozostał zastępcą szefa Kancelarii Prezydenta, pełni tę funkcję obarczony dodatkowymi kompetencjami. Moją intencją jest, aby dotrwać z jak najmniejszymi zmianami w Kancelarii Prezydenta do wyborów.