http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Austrii nie grozi bojkot

Bartosz T. Wieliński
2010-04-26, ostatnia aktualizacja 2010-04-25 18:46

Barbara Rosenkranz podczas konferencji prasowej w Wiedniu
Barbara Rosenkranz podczas konferencji prasowej w Wiedniu
Fot. HEINZ-PETER BADER REUTERS

Barbara Rosenkranz, polityk skrajnie prawicowej Partii Wolnościowej, nie wygrała wczorajszych wyborów prezydenckich. Mimo to jej partia może mówić o sukcesie

Austriacki prezydent Heinz Fischer
Fot. HERWIG PRAMMER REUTERS
Austriacki prezydent Heinz Fischer
Wybory wygrał urzędujący prezydent socjaldemokrata Heinz Fischer, który według wstępnych wyników zgarnął prawie 79 proc. głosów. Sensacji nie było, bo taki wynik od dobrego miesiąca Fischerowi wróżyły sondaże. Rosenkranz dostała 15 proc. Trzeci kandydat - Rudolf Gehring popierany przez Austriacką Partię Chrześcijańską - niecałe 6 proc. głosów. Rekordowo niska była frekwencja - zaledwie 48,5 proc Austriaków.

Gdy wczoraj wieczorem ogłoszono wyniki, Europa odetchnęła z ulgą bo 52-letnia Rosenkranz uważana jest za polityka skrajnie prawicowego i antyeuropejskiego a należy do Partii Wolnościowej (FPÖ), którą niegdyś kierował Jörg Haider.

Gdy ponad miesiąc temu zaczęła się kampania wyborcza, Rosenkranz zakwestionowała istnienie komór gazowych i domagała się wykreślenia z kodeksu karnego paragrafów na "kłamstwo oświęcimskie". Nigdy też nie odcięła się od poglądów męża, znanego działacza neonazistowskiego. Jako jedyna posłanka głosowała przeciw ratyfikacji traktatu nicejskiego.

Jej wypowiedzi rozeszły się tak szerokim echem, że wiedeńscy publicyści obawiali się powtórki dyplomatycznego bojkotu Austrii, który na Wiedeń nakładano już dwukrotnie. Pierwszy, gdy w 1986 r. prezydentem został Kurt Waldheim - wtedy świat wiedział już, że ten były sekretarz generalny ONZ jako oficer Wehrmachtu brał udział w deportacjach greckich Żydów do Auschwitz. Drugi raz dziesięć lat temu, gdy wolnościowcy Haidera razem z chadekami stworzyli rząd.

Obawy były uzasadnione, bo na początku kampanii Rosenkranz wróżono nawet 30-proc. poparcie, a politycy FPÖ energicznie zabiegali o głosy wyborców chadecji, która nie wystawiła swojego kandydata. Wynik Rosenkranz jednak rozczarowywał.

- Padliśmy ofiarą bezprzykładnej kampanii medialnej przeciwko naszej kandydatce. To było jak polowanie na czarownice - mówi Heinz-Christian Strache, szef wolnościowców. Zdaniem "Die Presse" Rosenkranz jest sama sobie winna. - Najbardziej zaszkodziły jej wypowiedzi dotyczące nazistowskiej przeszłości Austrii. Wręcz odstraszyły od niej elektorat FPÖ - podsumowuje.

Ale mimo to partia Strachego może mówić o sukcesie. Po pierwsze fakt, że kandydatka skrajnie prawicowej partii staje się jedną z głównych twarzy kampanii, to dowód, że partia przestała być pariasem. Strache będzie próbował to zdyskontować podczas wyborów regionalnych w Wiedniu, Styrii i Burgerlandzie.

Wiadomo też, że wolnościowcy mogą w przyszłości liczyć na wsparcie Hansa Dichanda, niezwykle wpływowego wydawcy największego austriackiego tabloidu "Kronen Zeitung". Jego gazeta nawoływała do głosowania na Rosenkranz nazywając ją "matkę narodu" (wychowała dziesięcioro dzieci). Tabloid zapewne będzie teraz wspierać jej partię.

Strache snuje plany powrotu do władzy i kolejnej koalicji z chadecją i nie jest to mrzonką. W skali całego kraju FPÖ może liczyć na ponad 20 proc. głosów. Chadecja, która obecnie rządzi krajem, razem z socjaldemokracją na 41 proc.

- Musimy lepiej przygotowywać kampanie wyborcze, pamiętać, że wróg nie śpi, i atakować go tak jak on nas - apeluje Martin Mölzer, eurodeputowany Partii Wolnościowej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':