Republikańska gubernator Arizony Jan Brewer podpisała nowe prawo, przegłosowane wcześniej przez parlament stanowy, w piątek wieczorem. Traktuje ono każdego nielegalnego imigranta jako przestępcę, który może trafić do więzienia na pół roku i zostać skazany na 2,5 tys. dol. grzywny (prawo
USA złapanych nielegalnych przybyszów każe poddać ekstradycji). Ukarani mogą być też ci, którzy nielegalnym pomagają lub przewożą
autem. Policja dostanie prawo sprawdzenia każdego, kto wyda jej się podejrzany o to, że jest w USA nielegalnie.
Ten ostatni przepis stał się powodem oskarżeń, że
policja w Arizonie będzie teraz legitymować na ulicach i drogach każdego, kto ma śniady kolor skóry. Nowe przepisy chcą zaskarżyć do sądu organizacje latynoskie. Krytykują je prawie wszyscy Demokraci, grupy skupiają kościoły protestanckie i
Kościół katolicki. Arcybiskup Los Angeles kardynał Roger Mahony potępił je, mówiąc, że to "powtórka z technik nazistowskich Niemiec i komunistycznej Rosji". Lokalni działacze organizacji i kościołów latynoskich mówią, że "już teraz policja w Arizonie traktuje imigrantów jak zwierzęta", a nowe prawo "nakręci jeszcze mocniej spiralę nienawiści".
Obama już w piątek powiedział, że nowe przepisy w Arizonie są "błędem" i "podważają podstawowe poczucie sprawiedliwości właściwe Ameryce". Zapowiedział, że ministerstwo sprawiedliwości sprawdzi, czy przepisy Arizony nie łamią oby praw człowieka.
Gubernator Brewer odpowiada, że podejrzewani o nielegalny pobyt w kraju "będą sprawdzani bez względu na kolor skóry, akcent czy status społeczny". - Udowodnimy, że cynicy, którzy mówią, że z nielegalną imigracją nie da się nic zrobić, i ci, którzy podnoszą dziś alarm, nie mają racji! - mówi. Odgryza się też Obamie i całemu Waszyngtonowi, mówiąc, że "to dekady bezczynności oraz błędnych kroków Waszyngtonu spowodowały obecną katastrofalną sytuację".
W USA według szacunków jest ok. 12 mln nielegalnych imigrantów, około połowa przybyła w ostatniej dekadzie. W 6,5-milionowej Arizonie jest ich 460 tys. Choć
kryzys gospodarczy nieco osłabił napływ nielegalnych przybyszów do USA, to i tak przez granicę Meksyku z Arizoną przekradają się setki osób dziennie.
Kolejną i tym razem skuteczną próbę wprowadzenia ostrych przepisów w Arizonie wywołała śmierć Roba Krentza, 59-letniego właściciela dużego rancza na południu Arizony, 10 mil od granicy z Meksykiem. 27 marca pojechał on na objazd swej posiadłości i tysiąca krów. Niedługo potem zadzwonił, że musi pomóc rannemu nielegalnemu imigrantowi, który zapewne przekradł się przez granicę. Nikt nigdy nie zobaczył już Roba żywego. Jego ciało i ciało jego psa znaleziono potem podziurawione kulami. Krentz albo natrafił na gang szmuglerów ludzi, albo na przemytników narkotyków z Meksyku.
Przeciwnicy nielegalnej imigracji twierdzą też, że niepłacący zazwyczaj podatków nielegalni przybysze kosztują stan setki milionów dolarów rocznie, np. w kosztach leczenia. W listach, telefonach i e-mailach do pani gubernator zwolennicy twardych przepisów przeważali nad przeciwnikami 3 do 1. Przed parlamentem stanowym Arizony stoją od kilku dni dwie grupy manifestantów. Jedni mają plakaty: "Stop nielegalnej imigracji", drudzy: "Czy Arizona musi być laboratorium rasistów?"