Kiedy w lutym 2000 r. w Austrii powstawał rząd z udziałem FPÖ, skrajnie prawicowej Partii Wolnościowej Jörga Haidera, Wiedeń był na ustach wszystkich. Haider, który zasłynął z pochwał polityki zatrudnienia w Trzeciej Rzeszy, oprawców z SS określał mianem "porządnych ludzi", a obozy koncentracyjne nazywał "obozami karnymi", nie mieścił się w dopuszczalnych granicach politycznego dyskursu.
W Austrii wielu chętnie uwierzyło wtedy w teorię "poskramiacza smoków": zakładała ona, że występujący w tej roli przebiegły kanclerz Schüssel utnie głowę prawicowo-populistycznej hydrze, kompromitując dyletancką trupę Haidera przez sam fakt jej udziału w rządzie.
Europa nie chciała tak długo czekać. Postanowiła Austrię ukarać i nawrócić na właściwą drogę, dając jednocześnie czytelny sygnał potencjalnym naśladowcom. Kraje członkowskie Unii Europejskiej zastosowały symboliczne bilateralne sankcje dyplomatyczne, obniżając do minimum kontakty z nowym rządem naddunajskiej republiki.
W niedzielę 25 kwietnia, okrągłą dekadę później, Austriacy w powszechnych wyborach dokonają elekcji prezydenta. W przeciwieństwie do tamtych burzliwych miesięcy dziś mało kto odnotowuje to wydarzenie. Nic dziwnego: prezydent nie odgrywa w Austrii znaczącej roli, a Europa ma większe problemy niż te, które zaprzątają uwagę mieszkańców "republiki paradoksów" (określenie historyka Olivera Rathkolba, dyrektora Instytutu Historii Najnowszej na Uniwersytecie Wiedeńskim).
Te wybory do historii austriackich kuriozów dopisują tylko kolejny rozdział: główną kontrkandydatką urzędującego prezydenta, socjaldemokraty Heinza Fischera, jest bliska środowiskom neonazistowskim Barbara Rosenkranz, która wkrótce po nominacji podawała w wątpliwość istnienie komór gazowych w Auschwitz i wzywała do zniesienia zakazu używania symboli nazistowskich i negowania Holocaustu.
Ale to nie domniemana brunatna recydywa jest powodem, dla którego polityczne boje na alpejskiej prowincji i tym razem reszcie Europy powinny dawać do myślenia. Przy całej swojej wyjątkowości bowiem
Austria jest jaskrawym przykładem kryzysu, w jakim coraz częściej pogrążają się liberalne demokracje. Psują się one nie tyle za sprawą rozkwitu skrajności, ile w wyniku bezwładu politycznego centrum, od którego zależy ich stabilność.
Smok nieposkromiony Austria była w 2000 r. pierwszym krajem Europy Zachodniej, który odważył się na eksperyment polegający na stworzeniu rządu z udziałem skrajnej prawicy. Właśnie obawa przed tym, że taki model zrobi karierę także w innych krajach, była przyczyną ostrej reakcji państw europejskich. Dzisiaj widać, że próba ujarzmienia populistów nie udała się ani za sprawą strategii "poskramiania smoka", ani dyplomatycznych retorsji.
- Potencjał populistycznej prawicy jest dzisiaj nie do złamania. Udział w rządzie wcale jej nie osłabił. Raczej straciła dzięki niemu wizerunek politycznego pariasa, stając się dla wielu możliwą opcją wyboru - mówi "Gazecie" Oliver Rathkolb.
Kłopoty FPÖ, łącznie z rozpadem partii w 2005 r. (Haider utworzył wówczas nowe ugrupowanie pod nazwą Związek na rzecz Przyszłości Austrii - BZÖ), okazały się przejściowe. W ostatnich wyborach parlamentarnych jesienią 2008 r. obie partie skrajnej prawicy uzyskały w sumie 27 proc. Tyle samo, co w wyborach w 1999 r., które wyniosły FPÖ do władzy, i niedużo mniej niż socjaldemokraci i konserwatyści. Co więcej, skrajna prawica stała się najsilniejszym ugrupowaniem wśród wyborców poniżej 29. roku życia.
Także sankcje UE okazały się niewypałem. Zdaniem Rathkolba doprowadziły do narodowego zwarcia szeregów, które tylko posłużyło Haiderowi i spółce. - Bez nich rząd duetu Schüssel - Haider rozpadłby się w ciągu pół roku - uważa historyk. "Naród austriacki chciał widzieć siebie jako uosobienie prześladowanej niewinności" - pisze jeden z liderów ówczesnego ruchu protestu, znany pisarz Doron Rabinovici w wydanej w tym roku książce "Sankcje. Dziesięć lat później".
Sankcje pogłębiły chłodne nastawienie Austriaków, którzy w ostatnich latach stale znajdowali się w czołówce najbardziej eurosceptycznych narodów, do Unii. Ale być może jeszcze gorszy w skutkach był sposób, w jaki kraje UE wycofały się z podjętej bez jasnej strategii decyzji o izolacji. Jesienią 2000 r. do Wiednia przyjechała trójka "mędrców", która po zapoznaniu się z sytuacją orzekła, że sankcje można zawiesić. To wszystko, o co przez kilka miesięcy kruszono kopie - rasistowskie wypowiedzi Haidera czy nietolerancyjne praktyki polityki migracyjnej - nagle uznano za właściwie nie takie straszne. "Nie Haider poszedł do Canossy, lecz Canossa przyszła do niego" - napisał jeden z komentatorów.
Wprawdzie po ostatnich wyborach FPÖ znowu znalazła się w opozycji, ale normalizacja stosunku do niej postępuje. Konserwatyści nie chcą zadrażnień, widząc w niej w dalszym ciągu potencjalnego partnera do wspólnych rządów. I to mimo faktu, że pod wodzą Heinza Christiana Strache partia radykalizuje się, stawiając na agresywną ksenofobię i przywracając do łask środowiska bliskie neonazistom.
Jesienią 2008 r. skandal wywołała nominacja kandydata FPÖ Martina Grafa na jednego z wiceprzewodniczących parlamentu. Mimo jego przynależności do ekstremistycznego stowarzyszenia Olimpia i kontaktów z niemieckimi neonazistami poparli go - w imię parlamentarnych zwyczajów - i konserwatyści, i socjaldemokraci. Na nic zdały się ostre protesty najznakomitszych austriackich intelektualistów, m.in. Elfriede Jelinek i Roberta Menasse.
Kapitulacja polityki Tego rodzaju oburzające przykłady politycznego konformizmu złożyć by można na karb austriackiej wyjątkowości: obniżonego progu tolerancji dla historycznych rewizjonistów i słabiej niż w Niemczech wyrobionego poczucia odpowiedzialności za Trzecią Rzeszę.
Ale to nie fraternizacja z radykałami jest najważniejszym źródłem dzisiejszej demokratycznej mizerii. Więcej waży fakt, że tradycyjne ugrupowania polityczne coraz bardziej tracą to, co zwykło nazywać się wyższością interpretacyjną w debacie publicznej. Nie tylko w coraz mniejszym stopniu wyznaczają one ramy i tematy politycznego dyskursu, lecz wykazują się także dramatyczną bezradnością w konfrontacji, w której stawką są podstawowe wartości i pryncypia.
Jeśli obserwatorzy austriackiej polityki piszą o pogłębiającym się klimacie anything goes (wszystko dozwolone) i „zeszmaceniu” obyczajów życia publicznego, to winę za to ponoszą nie tylko spadkobiercy zmarłego tragicznie przed półtora rokiem Haidera. „Lawirowanie polityków konserwatywnej ÖVP i socjaldemokratycznej SPÖ ma fatalne skutki dla politycznej higieny w kraju” - pisze Marion Kraske, niemiecka autorka wydanej niedawno książki „Ach, Austria!”, krytykując erozję liberalnego konsensusu w polityce austriackiej.
Nigdzie nie widać jej lepiej niż w polityce wobec imigrantów. W opublikowanym niedawno raporcie Rady Europy na temat rasizmu i ksenofobii Austria wymieniona została jako jeden z krajów, w których walka z tymi problemami podejmowana jest niedostatecznie. Przez lata establishment polityczny ignorował temat imigracji, a pierwsze studia dotyczące stanu integracji przybyszów powstały w Austrii ledwie kilka lat temu. Nie przez przypadek ton publicznej debaty zdominowany jest przez populistyczne hasła skrajnej prawicy, której także rządząca dziś koalicja SPÖ i ÖVP nie ma wiele do przeciwstawienia.
"Koalicja kroczy kursem, który wyznacza FPÖ i Strache" - krytykował dziennik "Der Standard". Maria Fekter, konserwatywna minister spraw wewnętrznych, pogardliwie nazywana "żelazną lady obrony heimatu", zaproponowała niedawno, by ubiegający się o azyl musieli obowiązkowo spędzać nawet kilka tygodni w zamkniętych ośrodkach rozpatrujących ich wnioski. - To forma internowania ludzi, którzy nic złego nie zrobili - protestowali obrońcy praw człowieka.