Matriotyzm, czyli kłopoty z tożsamością

Agnieszka Graff*
26.04.2010 , aktualizacja: 23.04.2010 16:50
A A A Drukuj

Fot. Stepniak/REPORTER REPORTER

Symboliczne uwznioślenie zupełnie się realnym kobietom nie opłaca. Idzie bowiem w parze z uprzedmiotowieniem "naszych" kobiet oraz z okrucieństwem wobec kobiet "cudzych"
"Jako kobieta nie mam ojczyzny. Jako kobieta nie chcę ojczyzny. Moją ojczyzną jest cały świat" - ten cytat z "Trzech Gwinei" Virginii Woolf należy do najsłynniejszych i najczęściej przywoływanych feministycznych sentencji. Jeszcze dziesięć lat temu słyszałam w tych słowach odwagę, utopijny rozmach, wyzwolenie. Dziś zastanawiam się, ile w nich było rozpaczy. Czy w 1938 roku Europejka istotnie mogła zadeklarować, że nie ma ojczyzny? Czy mogę tak powiedzieć o sobie tu i teraz?

Współczesny polski feminizm niewątpliwie bywa patriotyczny. Czasem naiwnie i emocjonalnie, czasem strategicznie i samoświadomie. Podczas tegorocznej manify znowu - jak rok temu - mignął mi w tłumie napis "Jestem Polką feministką". Chyba nie tylko mi wydał się intrygujący, skoro ponownie zobaczyłam go na zdjęciu w "Gazecie Wyborczej". Wyzwanie rzucone narodowej prawicy? Deklaracja własnej tożsamości? Trudno wyczuć. Zastanawiam się też, na ile za przejaw nowocześnie pojętego kobiecego patriotyzmu można uznać walkę o parytety na listach wyborczych. Kluczowy postulat Kongresu Kobiet Polskich, a potem wielki wysiłek zbierania podpisów pod obywatelskim projektem ustawy - czy tu chodzi o demokrację w ogóle, czy o naszą polską demokrację?

Stosunek feminizmu do tożsamości narodowej, do nacjonalizmu, do patriotyzmu i do uwikłania tych kategorii w religię bywa rozmaity. I zależy od kontekstu. Inaczej o patriotyzmie mówią feministki w laickiej Francji, inaczej w Polsce, gdzie tożsamość narodowa jest spleciona z dyskursem kościelnym, jeszcze inaczej w Stanach, gdzie sam patriotyzm przybiera formy quasi-religijne. Feministki toczą między sobą zażarte spory na temat miejsca muzułmanów w Europie, różniąc się w ocenie roli kobiet w islamie - przykładem jest spór o chusty w szkołach we Francji. "Sisterhood is global" brzmi dziś jak hasło z zamierzchłej przeszłości.

"Jako kobieta nie mam ojczyzny " - w 1938 roku Woolf widziała w faszyzmie żywioł męski w fazie obłędu. Męską obsesję władzy. Ratunkiem - na który nie miała zresztą wielkiej nadziei - miało być włączenie kobiet do życia publicznego. Dwadzieścia kilka lat wcześniej amerykański patriotyzm atakowała anarchistka Emma Goldman, oskarżając swój kraj o hipokryzję i imperializm. "Miłość ojczyzny" wykpiwała jako czułostkową racjonalizację dla krwiożerczych zamiarów wobec ojczyzn innych ludzi.

Jednak feminizm czerpał też garściami z retoryki narodowej. Posługiwały się nią europejskie sufrażystki, twierdząc, że prawo głosu jest kobietom - Francuzkom, Niemkom czy Norweżkom - potrzebne po to właśnie, by mogły tym lepiej służyć ojczyźnie. W USA sufrażystki korzystały z kulturotwórczej mocy amerykańskiego patriotyzmu. Ich pierwszy manifest, Deklaracja Sentymentów z Seneca Falls (1848), stanowi trawestację Deklaracji Niepodległości. Bunt kobiet zostaje uprawomocniony przez analogię z rewolucją; patriarchalna dominacja okazuje się "uzurpacją" taką jak władza brytyjskiego monarchy, zaś kobiety sprzeciwiają się jej niczym poddane tyranii kolonie.

O ile jednak pierwsze pokolenie sufrażystek czerpało z tradycji patriotyzmu oświeceniowego, traktując USA jako kraj, w którym ziścić się ma obietnica powszechnej, w tym także kobiecej, emancypacji, o tyle po wojnie secesyjnej ruch kobiecy przejął retorykę natywizmu, nacjonalizmu i białej supremacji. Kierując swoje postulaty do białych mężczyzn, argumentowano tak: "białym Amerykankom należy natychmiast dać prawo głosu; to hańba, że mają je imigranci i czarni mężczyźni, a nie mają wasze matki i siostry". Z dzisiejszej perspektywy jest to zawstydzający epizod, ale warto o nim pamiętać, gdy mowa o stosunku ruchu kobiecego do tożsamości narodowej.

Feminizm jako zdrada

Wątek kobiecej „dumy narodowej” towarzyszy dziś myśli feministycznej w krajach (post)kolonialnych, takich jak Indie, Algieria czy Egipt. Kobiety domagające się poszerzenia swych praw i dostępu do sfery publicznej oskarżane są w najlepszym wypadku o to, że ich poglądy to moda importowana z Zachodu, w najgorszym - o zdradę narodu. Jak pisze indyjska autorka Uma Narayan, „feministki działające w krajach tzw. Trzeciego Świata wciąż konfrontują się z głosami, które w feministycznej krytyce widzą symptom »braku szacunku do własnej kultury «”. Przyczyna tkwi w „uleganiu wpływom Zachodu”, tak jak ulega się zakaźnej chorobie.

Jak na te zarzuty odpowiada ruch kobiecy? Po pierwsze, kwestionując samo pojęcie "westernizacji". Obrona przed "Zachodem" stanowi wygodne alibi dla sił konserwatywnych i narzędzie szantażu wobec przeciwników politycznych. Po drugie, warto świadomie tworzyć taki dyskurs feministyczny, który swoje korzenie widzi "bliżej domu", nie tyle w "ojczyźnie" co w "matczyźnie", czyli w lokalnej tradycji kobiecej emancypacji.

Diagnoza Narayan pasuje do naszej sytuacji jak ulał. Oskarżenie o anty-polskość należy do żelaznego kanonu polskich ataków przeciw feministkom. Nikomu nie przyszłoby do głowy negować przynależności narodowej feministki francuskiej czy niemieckiej, tymczasem przypisywanie polskim feministkom nienawiści do Polski - a często też "obcego" pochodzenia - stanowi niemal odruch na rodzimych forach internetowych. Oto dwie próbki: "Feministki Polski nienawidzą. I to do tego stopnia, że nie są - fizycznie! - w stanie powiedzieć o niej jednego dobrego zdania." I druga: "Tubylcze feministki, jak wiadomo, 85 procent swojej aktywności poświęcają pluciu na Polskę " (z forum Gazeta.pl). W prawicowej prasie określenie "polska feministka" jest od lat nazywane sprzecznością. "Jestem Polką feministką" - dziwaczność, a zarazem swojskość tego hasła łatwo sobie uświadomić, zastępując w wyobraźni słowo "Polką" dowolną inną europejską narodowością.

Pod koniec lat 90. Susan B. Okin w głośnym i do dziś dyskutowanym tekście "Is Multiculturalism Bad for Women?" postawiła tezę o nieuchronnym napięciu między polityką wielokulturową a prawami kobiet. Skąd to napięcie? Ano stąd, że chroniąc i pielęgnując tradycje kulturowe mniejszości etnicznych czy religijnych, w praktyce pielęgnujemy prawo mężczyzn z danej grupy do dysponowania "swoimi" kobietami. Tak jak to się zwykło czynić zgodnie z "tradycją" czy to chrześcijańską, czy muzułmańską, czy żydowską. Adwersarze Okin - między innymi filozofka Martha Nussbaum - zarzucili jej arogancję i skłonność do uproszczeń. Wskazywali, że upchnęła do jednego worka kulturę i religię, traktując zlaicyzowany Zachód jako w cudowny sposób wolny od "kultury". W istocie wiele nakazów i zakazów uważanych powszechnie za religijne ma dużo późniejsze źródła, kulturowe i polityczne, związane nie tyle z religią, co z upolitycznieniem religii, szczególnie zaś zawłaszczeniem jej przez nacjonalizm.

Kilka lat temu śledziłam ten spór z zapartym tchem. Wszak w Polsce w tym samym czasie toczyła się debata na temat miejsca dla "polskiej tradycji" w Unii Europejskiej, a prawica coraz silniej identyfikowała ową tradycję z forsowaną przez Kościół katolicką wizją rodziny i seksualności. Było dla mnie oczywiste, że Okin się zagalopowała, a jej projekt likwidacji "złych tradycji" w imię uniwersalistycznie pojmowanych praw kobiet to absurd. A jednak obserwując polski klincz wokół zakazu aborcji i kolejne ustępstwa wobec Kościoła czynione właśnie w imię polskiej suwerenności w Unii, wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Między prawami grupowymi a prawami jednostki istnieje napięcie, zwłaszcza wówczas, gdy grupa odwołuje się do "odwiecznych tradycji", których nośnikiem jest religia, zaś jednostka, o którą chodzi, jest kobietą.

Te trzy kategorie - naród, kultura, religia - są ze sobą splecione. Czy zastanawiając się nad strategią ruchu kobiecego, warto starać się je rozdzielać? Moje stanowisko w tej kwestii bliskie jest poglądom Anne Phillips, brytyjskiej badaczki tej tematyki. Uważa ona, że z jednej strony nie wolno redukować religii do kultury i polityki - przekonania religijne mają swoją specyfikę, która musi pozostać w polu widzenia. To kwestia uczciwości intelektualnej, ale także taktyki. Jeśli uznamy religię po prostu za konserwatywny światopogląd, ideologiczne zaplecze konserwatyzmu, to trudno nam będzie zrozumieć nurty feminizmu wyrastające na gruncie religii czy rozróżnić między progresywnymi a fundamentalistycznymi ruchami religijnymi. Z drugiej strony jednak, religia to nie tylko wiara, ale także potężne instytucje o realnym wpływie na politykę. Istnieją wszak konteksty, w których religia jest głęboko upolityczniona, a splot religia/tradycja/tożsamość szczególnie silny. Taki właśnie jest kontekst nadwiślański.

Odrzucenie katolicyzmu jest w Polsce niemal równoznaczne z podaniem w wątpliwość własnej tożsamości jako członka narodowej wspólnoty - "Polak katolik" to zbitka funkcjonująca na prawach oczywistości w myśleniu potocznym, nie tylko w prawicowej ideologii. Nie muszę chyba dowodzić, że Kościół katolicki jest zainteresowany ograniczaniem praw kobiet, szczególnie w sferze seksualności i praw reprodukcyjnych. Skoro zaś Kościół pozostaje dysponentem prawdy o "polskości", to trudno się dziwić, że właśnie w imieniu polskości ogranicza się u nas prawa kobiet. Oznacza to nieuchronnie, że feminizm pozostaje w Polsce na prawach obcego importu czy też "symptomu" zakaźnej choroby zwanej "wpływami Zachodu".

Nie chcemy być walutą

My jednak nie czujemy się i nie jesteśmy "symptomem" fascynacji Zachodem. Feminizm w Polsce ma nie tylko długą, bo sięgającą początków XIX wieku, tradycję, ale też łatwo udowodnić, że dominowała w nim nuta patriotyczna i narodowa. Jak pisze Sławomira Walczewska w ważnej książce "Damy, rycerze i feministki": "Zaangażowanie emancypacyjne i narodowe kobiet z trudem daje się rozróżnić w biografiach wielu emancypantek. ( ) Pod pozorem zebrań kobiecych odbywały się zebrania konspiracyjne ( ), kobiety przemycały literaturę i broń, wspomagały represjonowanych. Czołówka polskich emancypantek z Narcyzą Żmichowską, Cecylią Walewską, Elizą Orzeszkową odbywała kary więzienia lub zesłania za konspiracyjną działalność narodowowyzwoleńczą".

Emancypantki starały się dyskurs narodowy przekształcać - tak, by zamiast o "poświęceniu" kobiet, mówiło się o odpowiedzialności i obowiązku. Polski feminizm był zatem patriotyczny, ale głęboko nieufny wobec opowieści o kobietach jako udręczonych matkach. Sądzę, że z podobną dwoistością - przy nieco innym rozłożeniu akcentów - mamy do czynienia i dziś. Nadwiślański feminizm nie zmaga się z jakimś ogólnoludzkim "patriarchatem", lecz ze specyficznym kulturowym scenariuszem, w którym uwznioślenie kobiet łączy się nieuchronnie z odsunięciem ich na boczny tor. Walczewska określa tę zależność mianem rycerskiego kontraktu płci i przypomina hasło widniejące na murze strajkującej Stoczni Gdańskiej: "Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę".

Jak bardzo ten "kontrakt" uwikłany jest w katolicyzm, wie każdy, kto pamięta epokę "Solidarności". Krzyże z kwiatów na ulicach. Pieśni religijne śpiewane na zmianę z patriotycznymi i patriotyczno-religijnymi. Matka Boska w klapie marynarki Lecha Wałęsy. Po przełomie 1989 roku granice między państwem i Kościołem stopniowo zacierały się coraz bardziej. W listopadzie 2009 r. nikogo już specjalnie nie zdziwiło, a tylko nielicznych oburzyło, gdy prezydent Rzeczypospolitej publicznie oświadczył, że "nikt nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży, nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak, ale w Polsce nie".

Można się spierać, czy dług zaciągnięty przez wolną Polskę wobec Kościoła katolickiego jest istotnie tak wielki, jak na to wskazują ustępstwa kolejnych (także lewicowych) ekip politycznych po 1989 roku. Rzecz w tym, iż walutą, w której ów dług jest spłacany, są w znacznej mierze prawa kobiet. Prawo do aborcji. In vitro. Ostatnio ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Nie chodzi o rolę kobiet w Kościele, lecz o relacje państwo - Kościół. O wpływ Episkopatu na kształtowanie prawa, o zatarcie granic między instytucją wyznaniową a państwem, którego konstytucja mówi o wzajemnej niezależności i autonomii w relacjach między państwem a związkami wyznaniowymi. Mówiąc najprościej, chodzi o władzę, nie o wiarę.

Jak się te spory o polskość, katolicyzm i rzekomą "obcość" feminizmu mają do nowej, dopiero powstającej, tożsamości europejskiej? Euroentuzjazm głównego nurtu polskiego feminizmu jest oczywisty. Akcesja oznaczała dostosowanie polskiego prawa (zwłaszcza prawa pracy) w kwestiach związanych z równością, a kolejne ogłaszane przez Unię krytyczne raporty dotyczące zaniedbań i zaniechań rządów dawały okazję do nagłaśniania dyskryminacji, wywierania nacisków. Zwycięstwo Alicji Tysiąc w Strasburgu, które wywołało wściekłość hierarchów Kościoła i prawicowych komentatorów, było zarazem wielkim świętem polskiego feminizmu.