Nie dlatego, że w ciągu kilkudziesięciu godzin dokonałem rewizji bilansu prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Raczej dlatego, że uroczystości te stanowiły szalenie sugestywną i pierwszą tego rodzaju w minionym dwudziestoleciu wizualizację ciągłości polskiego państwa, od czasów królewsko-jagiellońskich po czasy obecne. I akurat w tym sensie była to zasłużona nagroda dla prezydenta, który świadomie wszedł w rolę kustosza narodowej pamięci.
Od 1989 r. mieliśmy szczęście do historii, ale nasza historia nie miała szczęścia do działającej na świadomość i podświadomość wideooprawy. A tu okryta biało-czerwoną flagą z orłem prezydencka trumna, trzaskające po posadzce bazyliki Mariackiej żołnierskie obcasy, salutujący oficerowie wojska i policji, wreszcie - marsz najważniejszych osób w państwie na wzgórze, na którym spoczywają nasi najwięksi. Stąd jesteśmy, to my, to właśnie Polska - narzucało się.
Nasza nowoczesna państwowość została ufundowana w Gdańsku i w Warszawie. Kraków zaś zdawał się być zatopiony w formalinie, taki niedzisiejszy i ożywający przez lata wyłącznie przy okazji papieskich pielgrzymek. Kardynał Dziwisz przywrócił więc Kraków naszej historycznej świadomości. Przy okazji chyba niechcący zdetronizował też słynne okno na Franciszkańskiej 3 jako główny punkt krakowskich historycznych odniesień.
Całość dziewięciodniowej oficjalnej żałoby przyniosła swoistą apoteozę państwa w postaci podstawowej, wspólnej, najwyższej wartości. Państwa świadomych tradycji i wyzwań obywateli, a nie spoglądających na nie w roszczeniowym odruchu klientów. Tak, słusznie pisze się teraz, że w tych trudnych dniach państwo zdało egzamin. Ale dokładnie, jakie państwo zdało ten egzamin? Otóż zdało je państwo sytuacji nadzwyczajnej, wyjątkowej, a więc jednak chwilowej. Niestety, państwo to mogło podejść do tego egzaminu i go zdać wyłącznie dlatego, że wcześniej z kretesem oblało swój egzamin państwo procedur i standardów.
Nie boję się narodowego mitu, który 10 kwietnia narodził się pod Smoleńskiem. Boję się natomiast jego fundamentu. A był nim najwyraźniej, cokolwiek by się powiedziało o całym katyńskim kontekście, po prostu brak elementarnej odpowiedzialności. Jak wieża kontrolna ostrzega pilota samolotu, by nie lądował, to on nie ląduje. Jak samoloty i śmigłowce najważniejszych osób w państwie są przestarzałe, to się kupuje nowe. Jak najważniejsi generałowie lecą w jakieś miejsce, to nie lecą razem. I tyle.
Tak się robi w krajach, w których państwo rutyny działa. Są one potem pozbawione "nowych mitów założycielskich", "dopełnień historii" i seansów narodowych ultrawzruszeń, ale prezydenci i polityczne elity w tych krajach nie giną w wypadkach lotniczych. Przypomnijmy tylko - pilotowi prezydenckiego samolotu, który kilkanaście miesięcy temu odmówił lądowania w Tbilisi, zafundowano wizytę w prokuraturze i publicznie nazwano go tchórzem.
Straszną cenę płacimy za te tzw. narodowe rekolekcje. Najwyraźniej u nas musi zginąć głowa państwa, pierwsza dama i część politycznej elity państwa, by politycy doszli do wniosku, że polityka ma być poważna i nie może polegać na skakaniu sobie do oczu. Diabelnie kosztowna lekcja. W krajach, w których działa państwo rutyny, nikt takiej ceny za takie lekcje nie płaci.
Koszmar stał się faktem. Nie lekceważę mitu. Nie chcę tylko, by wyłącznie mitem było racjonalne działanie. Widzę potrzebę patriotyzmu szabli i pamięci, ale silnie powiązanego z patriotyzmem planu, w tym biznesplanu. Oba mają stanowić syntezę. Pierwszy nie może być antytezą drugiego. Mieliśmy teraz w Polsce tragiczne święto państwa.
Następne za dwa lata, przy okazji Euro 2012. Mam nadzieję, że wtedy będziemy świętowali wybudowanie na czas dróg, stadionów i hoteli, zbudowanych zupełnie nieromantycznie i całkowicie zgodnie z planem, a wszystko zgodnie z całkiem romantycznym marzeniem podzielanym i przez Lecha Kaczyńskiego, i przez Donalda Tuska, i przez wszystkich Polaków.
Źródło: Gazeta Wyborcza