Powie, czy nie powie? 24 kwietnia, w sobotę, w 95. rocznicę początku ludobójstwa Ormian głos zabierze prezydent
USA Barack Obama. Ten sam, który podczas kampanii wyborczej jasno zapowiedział, że nazwie rzeź Ormian ludobójstwem i zerwie z dotychczasową amerykańską praktyką. Jedynie prezydent Ronald Reagan raz użył słowa "ludobójstwo", ale go nie powtórzył - presja Turcji była zbyt silna. A w ubiegłym roku prezydent Obama nie wywiązał się z obietnicy.
Z zaprzeczania ludobójstwu Ormian dokonanemu przez imperium otomańskie w 1915 r. Turcy uczynili jeden z fundamentów swej polityki zagranicznej. Wziąwszy pod uwagę rzeczywiście znaczącą pozycję Turcji na arenie międzynarodowej i to, że Ormianie oprócz świetnie zorganizowanych lobby w USA i we Francji właściwie nie mają żadnych międzynarodowych atutów, jest czymś zaskakującym, że polityka turecka zabrnęła tu w ślepą uliczkę. Ludobójstwo uznała oficjalnie większość państw UE, w tym Polska, i prawie wszystkie stany USA.
Komisja Senatu USA przyjęła w tym roku projekt rezolucji wzywającej prezydenta do użycia słowa "ludobójstwo" w rocznicę jego popełnienia mimo rozpaczliwych wysiłków Departamentu Stanu, by projekt został odrzucony. Jeśli przyjmie go teraz izba, Obamie pozostanie wybór: konflikt z Ankarą albo z Senatem i własnym sumieniem.
A wszystko miało być tak dobrze. W ubiegłym roku
Turcja i
Armenia podpisały porozumienie o normalizacji stosunków i otwarciu granicy co ze względów gospodarczych jest dla Erewanu kwestią życia lub śmierci. W tym porozumieniu Turcja poczyniła istotne ustępstwo, nie wspominając o konflikcie w Karabachu, choć popiera azerskie żądanie zwrotu tej zamieszkanej przez Ormian i zdobytej kilkanaście lat temu przez Armenię prowincji.
Armenia dokonała ustępstwa nie mniejszego, zgadzając się na pominięcie kwestii roku 1915 oraz na to, że walką o uznanie ludobójstwa będzie się odtąd zajmować jedynie diaspora ormiańska. Ale ratyfikacja porozumienia natrafiła na przeszkody. Sąd najwyższy Armenii ją zaaprobował, ale orzekł, że porozumienia nie można interpretować w sprzeczności z konstytucją, która jasna mówi o ludobójstwie.
To było dla Turcji nieprzyjemne, ale nie nieoczekiwane. Ankara w końcu nie mogła się spodziewać, że Armenia zmieni konstytucję na wygodniejszą dla Turcji. W odpowiedzi jednak zażądała od Armenii postępu w kwestii Karabachu, wprowadzając tym samym nowe elementy do wynegocjowanego już porozumienia. Pewną rolę tu odegrało to, że Baku zagroziło wycofaniem się z planów budowy rurociągów naftowych z Azerbejdżanu do Turcji. Słowem, nie ma cienia szansy na ratyfikację porozumienia przed 24 kwietnia - a tym samym Obama będzie musiał zająć stanowisko, czego ze wszelkich sił pragnął uniknąć.
Z punktu widzenia Realpolitik nie ma w ogóle o czym rozmawiać; Turcja jest tak ważna jako przeciwwaga dla radykalnych państw muzułmańskich, że żadna cena za jej życzliwość nie jest za wysoka. Taką zasadą kieruje się
Izrael, który konsekwentnie i haniebnie odmawia uznania ludobójstwa, a zarazem nakłania organizacje żydowskie, by czyniły to samo. Ich lobbing okazał się jednak w tym roku w Senacie nieskuteczny, sama Realpolitik już nie wystarcza, z czego należy się cieszyć.
Nie wystarcza nawet w samej Turcji, gdzie odważni ludzie, którzy jak w ostatnich dniach znany pisarz Baskin Oran oraz grupa historyków i działaczy praw człowieka, wzywają do uznania ludobójstwa i obchodzenia żałoby po ofiarach. Nawet w tureckich elitach narasta świadomość, że polityka negacji jest nie tylko niemoralna i nieskuteczna, ale po prostu błędna; że w tureckim interesie jest uznanie rzeczywistości, a nie walka z nią. To też Realpolitik; wszystko zależy jedynie od tego, co uznamy za bardziej realnie istniejące: pamięć czy przemoc.