Iraccy i amerykańscy żołnierze dopadli Abu Omara Al-Bagdadiego i Abu Ajuba-Al Masriego w niedzielę pod Tikritem. Zginęli zbombardowani w jakiejś chacie za miastem. - To potencjalnie nokautujący cios zadany Al-Kaidzie w Iraku - triumfalnie ogłosił w Waszyngtonie wiceprezydent Joe Biden.
Równie pompatyczne deklaracje słyszeliśmy już wcześniej, np. w czerwcu 2006 r., kiedy Amerykanie zabili pierwszego przywódcę irackiej Al-Kaidy Abu Musaba Al-Zarkawiego. Szybko okazało się, że feta była przedwczesna, a nadzieje złudne. Przez rok po śmierci irackiego terrorysty nr 1 w Iraku ginęło znacznie więcej ludzi niż za jego życia.
Jeszcze dziwniejszy jest przypadek szejka Ahmeda Jassina, sparaliżowanego, prawie niewidomego przywódcy palestyńskiego Hamasu, którego Izraelczycy zastrzelili z helikopterów w marcu 2004 r. Kiedy dwa lata później byłem w Strefie Gazy w czasie palestyńskich wyborów parlamentarnych, szejk Jassin wyglądał tam z każdego zakątka, na plakatach, na płytach CD z nagraniami jego przemówień, na ustach podnieconych ludzi. Był bardziej żywy niż za życia. I znacznie groźniejszy. Hamas odpowiedzialny za samobójcze zamachy w Izraelu wygrał tamte wybory i stał się potężniejszy niż kiedykolwiek. Męczeńska - jak uważają Palestyńczycy - śmierć szejka Jassina walnie się do tego przyczyniła.
Jak zatem widać, zabijanie przywódców terrorystycznych organizacji czasem nie przynosi spodziewanych efektów, a czasem kończy się fatalnie. Zabici w niedzielę iraccy komendanci są znacznie mniej znani niż Al-Zarkawi czy szejk Jassin, a ich śmierć została ledwie zauważona przez światowe media zajmujące się polską tragedią i wulkaniczną chmurą nad Europą. Ale, paradoksalnie, to właśnie ich śmierć rokuje znacznie lepiej i przynosi dużo większe nadzieje.
Siłą irackiej Al-Kaidy w złotych dla niej latach 2004-07 nie był Zarkawi, tylko kompletny chaos i zanik struktur państwa w Iraku. Sunniccy terroryści byli zupełnie bezkarni, co stało się zresztą przyczyną ich schyłku. Dopuszczali się takich okrucieństw wobec Irakijczyków, których oskarżali o współpracę z
USA, że lawinowo tracili poparcie. Nikt nie wierzył już w slogany walki o islam czy o wolność, widziano w nich tylko bezlitosnych morderców. Dlatego kiedy Amerykanie stworzyli plemienną milicję Synowie Iraku, którą sami opłacali, przyłączali się do niej nawet rebelianci skłóceni z muzułmańskimi radykałami. Oni przekazali informacje wywiadowcze o swoich dawnych kolegach.
Osaczona Al-Kaida nie jest dziś tak potężna, ale wciąż pozostaje groźna. W ostatnich miesiącach dokonała kilku spektakularnych zamachów na ministerstwa i ambasady w Bagdadzie. Jednak chaos został już, dzięki determinacji Amerykanów, opanowany. Nigdy też, nawet w najlepszych czasach, Al-Kaida nie miała w Iraku takiego poparcia społecznego jak Hamas w Gazie. Obecnie jedyną siłą irackich terrorystów są tajne struktury i ludzie, którzy w nich działają. Dlatego obcięcie Al-Kaidzie podwójnej głowy może rzeczywiście - jak mówi Biden - okazać się nokautujące.