Sprzedawcy: Izabela - 42 lata, mąż, dzieci, wnuki. Mieszka w Grodzisku Mazowieckim. Czeka na koleżankę, żeby zostawić stragan i obejrzeć przejazd trumny z panią prezydentową.
Leszek - 35 lat, mąż, tata dwójki dzieci, pracownik jednego z operatorów komórkowych. Przed Pałacem Prezydenckim stanął dopiero w sobotę, 17 kwietnia. Wcześniej nie mógł, bo pracował, a poza tym, jak mówi, nie lubi takich pogrzebowych sytuacji. Skusiła go wieść o zyskach.
Jacek - 42 lata, artysta malarz. Maluje krajobrazy, martwą naturę, abstrakcję i różne takie. Wystawia się na Starym Mieście. Teraz sprzedaje flagi.
Paweł - 46 lat, z wykształcenia ślusarz, na rencie socjalnej. Na co dzień handluje na bazarku.
Carlos - 39 lat, pochodzi z
Peru. Od 20 lat w Polsce. Ma obywatelstwo. Zarabia na życie, grając na Starym Mieście.
Juan Carlos - pochodzi z Boliwii. Poza tym jak Carlos.
Edward - 50 lat, były dziewiarz, rencista. Czarne przeciwsłoneczne okulary, schorowany. Siedzi na ławce.
Robert - 35 lat, ogólnie robi w handlu. Kolega Edwarda. Mocny obrzęk alkoholowy.
Adam - rolnik. Kolega Edwarda i Roberta. Trzyma się z tyłu. Nic nie mówi, bo i co tu gadać. Oni sprzedają, on dostarcza towar.
Wiesława - 75 lat, warszawianka. W 1939 roku cudem wygrzebała się spod gruzów zbombardowanej kamienicy. W czasie Powstania Warszawskiego żebrała o łyżkę wody. Mieszka w okolicy Pałacu Prezydenckiego. Sprzedając kwiaty na Krakowskim Przedmieściu, dorabia do emerytury. Ma zezwolenie.
Mówi, że to u niej
Lech Kaczyński kupował kwiaty, gdy szedł z wizytą do mamy.
Mężczyzna towarzyszący Wiesławie - nie zdradzi nic ponad to, że ma 76 lat. Szczupły, wąsaty, o pooranej zmarszczkami twarzy.
przechodzień: Stanisław - słuchając mszy świętej przez małe przenośne radyjko, przechodził obok straganu. 63 lata, emeryt. Z wykształcenia mechanik po politechnice. Przez 17 lat uczył matematyki, fizyki, informatyki niewidome dzieci w Laskach. Ma żonę, dzieci, wnuki.
*** Izabela: Te znicze to dlatego, żeby ludziom pomóc światełko zapalić. W zasadzie robię to bez zarobku.
Reporter: A panu chodzi o zarobek?
Robert: O zarobek i ogólnie o wszystko, no wie pan... Na razie wszystko idzie słabo - owoce, warzywa, wszystko, więc można sobie dorobić, żeby nie żebrać, nie?
Leszek: Stanąłem, gdyż się dowiedziałem, że ludzie po kilka tysięcy dziennie zarobili. No bo złotówka za znicz w hurtowni, a sprzedaż - za cztery, pięć.